Żyjemy w czasach hejtu

Żyjemy w czasach hejtu i “anty-wszystkiego”. Strach zapytać o jakąkolwiek opinię czy wpisać pytanie w wyszukiwarkę, bo najprawdopodobniej zostanie nam wylane na głowę wiadro gówna, a w najlepszym przypadku cała lista „dobrych” rad od wszystkich lepszych i mądrzejszych.

Żyjemy w czasach hejtu i “anty-wszystkiego”. Najbardziej trywialna rzecz lub opinia od razu spotykają się z kontratakiem, stekiem „dobrych rad” lub wiadrem syfu. Kiedyś dzieciństwo i rodzicielstwo, ogólnie życie było łatwiejsze – nie mieliśmy pampersów, ipadów i wifi, jedliśmy co chcieliśmy, byliśmy wolni i szczęśliwi, był trzepak i podwórko, ziemniaki posypane koperkiem i kefir. Teraz co najwyżej pozostaje nam mleko bez laktozy, dysleksja, bezstresowe wychowanie i niekończące się przepychanki co jest lepsze.

Najgorsze, bo dochodzi do absurdu, że strach zapytać o jakąkolwiek opinię czy wpisać pytanie w wyszukiwarkę, bo najprawdopodobniej zostanie nam wylane na głowę wiadro gówna, a w najlepszym przypadku cała lista „dobrych” rad od wszystkich lepszych i mądrzejszych. Świat rodziców – tych przyszłych i obecnych jest chyba jednym z bardziej toksycznych, chamskich i pozbawionych empatii. Żadna dyskusja nie może obyć się bez górnolotnych teorii, przechwałek i bezpardonowego piętnowania tych, którzy ważą się robić coś odmiennie. Wymiana argumentów, za i przeciw oraz rzeczowa dyskusja jak najbardziej, ale hejt i ataki to już cios poniżej pasa, brak szacunku i dobrych manier. Czas się opamiętać!

Postęp w dziedzinie medycyny i nauki jest ogromny. Ludzie zagłębiają się w coraz więcej detali i drobiazgowo poznają sposób działania rozmaitych procesów. Niestety razem z progresem przychodzi trudne do zrozumienia ogłupienie i szaleństwo społeczeństwa, które nie wie do końca jak wykorzystać nowo zdobytą wiedzę. Co więcej zwykle wykorzystuje na opak bądź tak skrajnie, że dochodzi wręcz do absurdalnych sytuacji. Chociażby najbanalniejszy przykład… Postęp w zakresie cesarskiego cięcia sprawił, że coraz więcej kobiet decyduje się (z różnych powodów) na właśnie taki poród. Tymczasem zamiast docenić dobrodziejstwa medycyny i pozwolić każdemu podjąć swoją własną decyzję, oblewamy się wzajemnie hejtem, gloryfikujemy matki rodzące naturalnie, piętnujemy te z blizną, nazywając je leniwymi i wygodnymi. Nie ma chyba większej i bardziej zażartej dyskusji niż „poród SN kontra CC”. W ruch wchodzą najcięższe działa, przekleństwa i argumenty. I zamiast cieszyć się macierzyństwem, żremy się jak najarane idiotki, kto lepiej, godniej i z większym pietyzmem wydał na świat swoje dziecko. I żadne forum, blog, strona czy grupa nie byłaby „kompletna” (to z ironią) bez takiej bezproduktywnej kłótnii.

Podobnie żywienie – już pomijam nawet niekończące się spory w stylu „daję ze słoiczków” kontra „tylko to, co sama ugotuję”. Ogólnie w temacie jedzenia ludzka kreatywność poszła po bandzie i właściwie ciężko natrafić na osobę bez jakiejś alergii czy nietolerancji lub bez wymagań dietetycznych. Wiem, wiem, że żywność jest teraz nafaszerowana chemią i pomidor nie przypomina pomidora stąd też wykwit atopowych zapaleń skóry, nietolerancji glutenu, ale martwi mnie zupełnie coś innego. Samozwańcze diagnozy i wybory, który później są agresywnie afiszowane na każdym kroku, na siłę wciskane do gardła tym, co jedzą mięso, jajka, zwykłe ziemniaki czy kupują chleb w Tesco. Właśnie ci muszą zmagać się z niezdrową ilością hejtu od wszelakich weganopodobnych, chcą czy nie chcą słuchać długich tyrad o tym, że najlepiej wykluczyć produkt A, że kostki rosołowe to samo zło, że organizm nie trawi produktu B etc.

Bycie świadomym konsumentem to jedno, ale dostawanie „żywieniowej głupawki” i atakowanie tych, którzy nie jedzą jajek, kupują skrzydełka z supermarketu czy piją coca colę jest już absurdalne. I mówi to wegetarianka z ponad dwunastoletnim stażem. Nie potrzebuję manifestować tego każdego dnia całemu światu, dodawać codzienne zdjęć posiłków z hashtagiem „trawa i kamienie”, aby udowodnić niedouczonym niedowiarkom, że jako roślinożerca mam zajebiste jedzenie, a nie tylko sałatę i ogórki. Bo to mój talerz, trzymam go dla siebie, nie muszę się nim chwalić ani próbować go wcisnąć jak największej rzeszy ludzi. I trzymajmy się tej zasady, by nie nabawić się niestrawności. Zrodziła się bowiem w ludziach dzika potrzeba manifestowania swojej cool diety na wszelkie możliwe sposoby i uporczywe oraz męczące (dla innych) przekonywanie o jej wyższości nad innymi. Powiem wprost – te wszystkie skrajności, ci zamknięci w hemetycznym świecie nietolerancji i wyrzeczeń coraz częściej i bardziej zażarcie atakują innych. Obecnie strach i wstyd się przyznać, że ktokolwiek jeszcze je na obiad ziemniaki z kotletem. Serio, co się dzieje?

A to co się wyrabia, kiedy dziecko wypije Kubusia, zje lizaka, burgera z Maca, nieumyte jabłko – dramat, hejt, że niedouczona, nie czyta etykiet, że najnowsze badania mówią, że syrop glukozowy to największe świństwo. W każde działanie można uderzyć kontrargumentem, znaleźć odpowiedni artykuł w sieci czy podeprzeć się wątpliwymi badaniami. Notabene ostatnio czytałam  „wartościowy” tekst o tym jak to używanie wiatraka w ciepłe dni i noce jest megaszkodliwe dla zdrowia. Hmm… Oni tak na serio?! Podobnie jak siedzenie zgarbionym na kiblu, golenie się dwa razy jednorazową maszynką, używanie płynów do higieny intymnej, mikrofalówki do sterylizowania butelek, spanie na prawym/lewym boku i jedzenie po osiemnastej. Diagnozy, prognozy, ostateczne werdykty jest ich tyle, ile artykułów w sieci i lepiej sobie podarować, żeby nie zwariować…

Świat jest na „anty”. Antyszczepionkowy, antymleczny, antyglutenowy, antyzdroworozsądkowy. Matki i ojcowie karmią swoje głowy nowymi „badaniami” i teoriami, ogłupiają dzieci, przemianiając je w wymoczki u których samo spojrzenie na kurze jajko powoduje wysypki, a kontakt z nieorganiczną bawełną swędzenie całego ciała. Ironizuję, bo często z normalnych dzieci robi się dzieci ułomne – to jest właśnie problem nowoczesnego świata. (Zbyt) łatwo przypina się dzieciom łatki „ADHD”, „autyzm”, „dysortografia” – i o ile nastąpił ogromny postęp w dziedzinie diagnozy oraz dalszego postępowania z takimi dziećmi to wciąż ilość samozwańczych czy nieprawidłowych diagnoz powala na kolana.

I właśnie to mnie dobija – brak rzeczowych argumentów, brak dowodów, wszystko na podstawie jakiegoś marniutkiego artykułu na fejsie (też macie takich znajomych, którzy codziennie z dziwnych, nikomu nieznanych stronek udostępniają linki z dramatycznie brzmiącymi tytułami?).

Hejtuje się wszystko co nie zgadza się z naszym światopoglądem – ludzi jedzących steki, karmiących mlekiem modyfikowanym, jeżdżących nieekonomicznymi samochodami, kupujących psy z hodowli, tymi, którzy zamiast ćwiczyć jogę i medytować wolą bodybuilding, wszędzie wylewamy hektolitry nienawiści do innych ludzi. Bo ja to, bo ja tamto. Moja racja jest jedyna i najsłuszniejsza, muszę całemu światu obwieszczać, wygrażać i się obrażać. Żal. Serio, żal.

Dyskutujmy mądrze zamiast się żreć i rzucać mięsem. Nie musimy się zgadzać, ale nie powinniśmy skakać sobie do gardeł.

Gdyby choć ułamek tej nienawiści i złości przemienić w coś pozytywnego i produktywnego, świat naprawdę miałby szansę stać się troszkę lepszym miejscem.

 

Podobne wpisy

Mój Tadek Niejadek Kiedy nadszedł czwarty miesiąc, byłam podekscytowana, bo w końcu mogłam zaszaleć i pokazać córce wszystkie te wspaniałe smaki. Jabłuszka, bananki, z...
Róbta co chceta w strefie zabaw dla dzieci Kiedy idziesz do specjalnych miejsc z konstrukcjami, tunelami, kulkami, huśtawkami, zjeżdżalniami liczysz, że twoje dziecko kreatywnie i aktywnie sp...
Jak wybrać imię dla dziecka? Wybór imienia dla dziecka to wielka odpowiedzialność. Bo w końcu przez dobrych kilkanaście lat twoja pociecha będzie na nie skazana. Ten tekst to tr...
Co zrobić, by (NIE) być moim przyjacielem Znacie ten mem? Miał 3478 znajomych na facebooku, a na jego pogrzebie było 5 osób. Wychodzi na to, że te pozostale 3473 osoby miały niezwykle ważne ...

Dodaj komentarz