„Życie na naszej planecie” – niepokojące świadectwo autorytetu

Planetę mamy jedną. Nie ma dla nas opcji B. Zastępczego domu. Jeżeli zdemolujemy to, co mamy, to jest po nas… Czeka nas smutny los, skończymy pewnie jak dinozaury, wyginiemy, a jedynym, co zostanie będą kawałki kości.

Obejrzałam jakiś czasu temu dokument „David Attenborough: Życie na naszej planecie” (jeżeli jeszcze nie słyszeliście o tej wybitnej osobie, poczytajcie tutaj). I zanim westchniesz, że znowu pewnie weganizm, spaliny czy inne ekologiczne pierdoły, poczekaj… Sir Attenborough nie jest osobą, która z wyrachowaniem leje wodę na młyn. Zapewniam Cię, że ten dokument to nie są to eko-bzdury, eko-propaganda czy pożywka dla eko-świrów. I może Cię nie ruszać rzeź wielorybów, wycinanie lasów deszczowych, zmniejszająca się liczba pszczół, hodowla zwierząt rzeźnych na masową skalę, plastik w oceanie, ale nie możesz negować faktów… Liczby ludzi na świecie, emisji dwutlenku węgla do atmosfery, zmniejszającej się liczby drzew czy ocieplenia klimatu. 

Żyjąc sobie wygodnie w nowoczesnym świecie, wsuwając kolejną gotową kapsułkę z „orzechowym cappuccino” do swojego ekspresu, wsiadając do fajnego, sportowego samochodu, nieustannie kupując modne ciuchy i buty, wyjeżdżając cztery razy do roku na zagraniczne wakacje w tropiki, zjadając kolejnego hamburgera, nie myślimy o ekosystemie, bo przecież co on nas obchodzi? Co nas obchodzą orangutany, algi w wodzie, topniejący lód na biegunie, wymierające gatunki, góry śmieci, skoro nasze otoczenie wydaje się tak doskonale, że nasi rodzice czterdzieści lat temu nie byli w stanie sobie wyobrazić, że będziemy żyć tak wygodnie, swobodnie i w luksusie dostępu do wszystkiego, czego dusza zapragnie. Myślimy, uśmiechając się: „Życie jest jedno. Korzystam z niego i przecież nikomu żadnej krzywdy nie robię ani nic nie niszczę”. Takie o, wygodne życie w nieświadomości i zachowanie pozornie czystego sumienia. 

„Życie jest jedno i korzystam”. Tak powiedziało kilkadziesiąt milionów osób, może więcej… A ci pozostali posunęli się dalej, bo stwierdzili, że nie tylko mają gdzieś egzystencję przyszłych pokoleń, ale nawet chętnie się dołożą do postępującej destrukcji i wesprą wielkie koncerny, bo im się to może nieźle opłacić.  Zainwestowali więc w paliwa kopalne i akcje Nutelli. Tutaj już nie ma sumienia ani moralności. Pieniądz rządzi światem i pewnie nie ma takiej liczby głodujących dzieci, wyciętych lasów i zatrutych środowisk, które by zmieniły etos postępowania tych z grubym portfelem.

I jest też grupa, która otworzyła oczy i z przerażeniem patrzy, co się tu wyrabia… Z niepokojem słucha doniesień o katastrofach ekologicznych, obserwuje zmianę klimatu i ma dość ludzkiej chciwości, ignorancji i egoizmu. I chciałaby z tym coś zrobić. Szuka rozwiązań. Złotych środków. Metodą drobnych kroczków zmienia nawyki i przyzwyczajenia. Często nazywa się ich eko-świrami. Tylko, gdyby spojrzeć na to przez pryzmat faktów i liczb to im właśnie chyba ze wszystkich najdalej do wariatów. 

Do której grupy należysz? 

Konsumpcja mięsa, marnotrawstwo wody i energii, zużycie plastiku, przemysł odzieżowy, olej palmowy, przemysł ciężki, liczba samochodów oraz lotów w każdej sekundzie niszczą nas świat. Niszczą ekosystemy, różnorodność gatunkową, wspólne relacje i zależności. Niszczą po prostu planetę, na której mieszkamy. 

Jesteśmy ślepymi egoistami i nie chcemy zauważać tych negatywnych zmian. Bo wolimy żyć wygodnie – jeść, co chcemy, ubierać się w coraz to nowe ciuchy, posiadać więcej i więcej, podróżować, jeździć nowiutkim autem, żyć pełnią życia, a nie ograniczać cokolwiek. 

I jasne, nikt nikogo nie zmusi do zmiany trybu życia, bo jeżeli wygoda i niepohamowany konsumpcjonizm DZISIAJ i tutaj są ważniejsze niż zdrowo funkcjonująca planeta dla naszych dzieci i wnuków, to nic nie zmieni tego postępowania. Nic nie zmusi nikogo do ograniczenia spożycia mięsa, chociaż może na początek wystarczy na przykład zjeść coś jarskiego jednego dnia w tygodniu (czy to takie ekstremum? Nie wiem.). A może wystarczy bezmyślnie nie kupować kilogramów podkoszulków, dżinsów, butów i torebek? Pochodzić w tym, co mamy troszkę dłużej? Czasem oprzeć się modzie? Nie zaśmiecać szafy kolejną rzeczą? Czy to takie trudne? Da się? Pewnie tak. 

Wystarczy być trochę sprytniejszym w kwestii zużycia plastiku – po co kupować zapakowane w worki banany, jeśli można je kupić luzem? Po co kupować dziesiątki płynów i sprayów, jeżeli można użyć tej samej butelki i napełnić ją nowym płynem? Po co komu reklamówka? Nie jest fajniej wziąć torbę materiałową? Po co komu tysiące plastikowego badziewa? 

Planetę mamy jedną. Nie ma dla nas opcji B. Zastępczego domu. Jeżeli zdemolujemy to, co mamy, to jest po nas… Czeka nas smutny los, skończymy pewnie jak dinozaury, wyginiemy, a jedynym, co zostanie będą kawałki kości.

Wystarczą małe zmiany. Drobne kroki. I gdy wszyscy, kolektywnie zbierzemy się w tym działaniu, zobaczymy, że dzieje się coś dobrego. Planeta i jej ekosystemy będą mogły się odrodzić, odnowić i zacząć na nowo działać na naszą korzyść. Tutaj nie powinno być podejścia „ale mnie to nie obchodzi i jest mi dobrze tak, jak jest” albo „są miliony innych ludzi, którzy to zrobią za mnie”, bo małe i duże zmiany musimy wprowadzić wszyscy. Każdy, nawet pozornie nieduży, krok w kierunku bycia świadomym skutków naszych wyborów i ograniczeniu tych negatywnych jest sukcesem.

Sabotujemy własną egzystencję. Który gatunek na ziemi jest tak egocentryczny i głupi, by niszczyć środowisko, w jakim żyje? Pozostawię to tutaj. 

PS. A film Davida obejrzyjcie koniecznie. Otwórzcie oczy. Posłuchajcie. Naprawdę warto.

Możecie obejrzeć go na platformie Netflix.