Zakupy dla noworodka to koszmar, czyli dlaczego jest łatwiej z drugim dzieckiem

Rodzice „świeżaki” to naprawdę żyła złota, na nikim nie zbija się chyba takiej fortuny jak właśnie na nich. Pasożytuje się na ich naiwności, radości i obawach. Namawia do zakupu produktów, których tak naprawdę nie potrzebują. Sprytny marketingowiec wie jak poruszyć odpowiednie struny, a rodzice wsadzają do koszyka i płacą.

Zakupy dla noworodka to koszmar… I nie mówię o beztroskim wybieraniu słodkich ciuszków i czapeczek, ale o tych poważnych zakupach – wózków, fotelików, łóżeczek, materacy. Dla mnie to stresujące wertowanie internetu, wyprawy do sklepu, porównywanie i czytanie recenzji, bo przecież chcemy mieć wszystko „naj”, prawda? Czasem trafimy dobrze, a czasem damy się naciągnąć sprytnemu sprzedawcy lub przemyślnemu artykułowi sponsorowanemu. Taka rzeczywistość…

Ale do rzeczy…! Wiedząc, ile pieniędzy wywaliliśmy w błoto i ile czasu zmarnowaliśmy, właściwie to cieszę się, że nie muszę przechodzić przez szaloną i szargającą nerwy fazę kupowania i organizowania wszystkiego dla synka. Przyjemności w tym jest tyle samo co niepotrzebnego stresu. Co lepsze, co gorsze, co droższe, co tańsze, większe, mniejsze, praktyczne, ładne, konieczne czy całkiem zbędne. Idzie zgłupieć!

Rodzice „świeżaki” to naprawdę żyła złota, na nikim nie zbija się chyba takiej fortuny jak właśnie na nich. Pasożytuje się na ich naiwności, radości i obawach. Namawia do zakupu produktów, których tak naprawdę nie potrzebują. Sprytny marketingowiec wie jak poruszyć odpowiednie struny, a rodzice wsadzają do koszyka i płacą.

Przygotowanie do narodzin drugiego dziecka jest łatwiejsze, przyjemniejsze i towarzyszy temu mniej stresu. Aaa, no i kosztuje zdecydowanie mniej! Nie, że jestem sknerus i przesadnie oszczędzam, ale wiele rzeczy po pierwszym dziecku można spokojnie użyć ponownie. Szczególnie jeśli się sprawdziły.

Po pierwsze – wózek. Alleluja! Już nie trzeba chodzić po sklepach, manewrować wystawowym, rozklekotanym egzemplarzem między półkami, sprawdzać składanie i rozkładanie, wytrzymałość koszyka na zakupy i czy na pewno zgrzewka mineralnej i kilo ziemniaków dadzą się tam upchnąć. A jeszcze adaptory na fotelik samochodowy, a jeszcze ładna wkładka do środka, a jeszcze limitowana edycja, a jeszcze to i tamto. Studnia bez dna. Wózek zostaje, szczególnie, że nie mogłabym prosić o lepszą brykę niż mamy. Prawdziwy Mercedes 😉 

PS. Ale nowy wózek trzeba chyba sobie sprawić – jak to powiedziała moja połówka – jak się ma jakiś kicz dla dziewczynki w oczobójczym różu z białą ramą na przykład, no to trochę kaszana później wozić w tym syna, ale to tak na marginesie.

Po drugie, fotelik. Matko, za to chyba jestem równie wdzięczna co za wózek (raz, że to drugi w kolejności najdroższy niezbędnik, a dwa, że sam wybór czegoś porządnego przyprawia o zawrót głowy!). Fotelik był super, nie mogę narzekać i cieszę się, że będę mogła go wykorzystać ponownie. Jedyny minus – trochę ciężki, ale nie bez powodu robi się te bicki na siłowni! Przepisy i wymagania często się zmieniają, ale na szczęście nasz model wciąż jest ok. Fotelik to naprawdę niewdzięczny zakup – bo o ile pomyłka przy wyborze wózka to pomyłka upierdliwa, ale nikomu nieszkodząca to przemyślany i dobry wybór fotelika ma bezpośredni związek z bezpieczeństwem naszego dzieciaczka podczas podróży samochodem.

Po trzecie, łóżeczko, kołyski, kokony, wanienki, śpiworki do spania, pościel, nosidła, itp. Wszysko szczelnie zawinięte leży sobie na strychu, potrzebuje lekkiego odświeżenia i już. Nic nie trzeba wybierać, mierzyć ani montować. Jaka ulga i wygoda. Zero stresu czy się faktycznie sprawdzi, czy po miesiącu nada się do wrzucenia na strych.

U nas zamiast standardowej wanienki była specjalna wkładka, którą można było wygodnie postawić w wannie. Lekka, szybka do opłukania, dziecko leżało sobie w niej wygodnie i bezpiecznie. Używaliśmy jej dość długo – nawet później jak córka była już większa i samodzielnie siedziała to lubiła sobie „klapnąć” na skraju takiej wkładki, a ja się nie bałam, że się poślizgnie. Co do spania – łóżeczko turystyczne, które później można zamienić na kojec oraz specjalne kokony do spania dzięki czemu mogłam położyć malucha w salonie na kanapie bez obawy, że spadnie na podłogę. Wiem, że kokonów jest setki, ale nie mogę się nachwalić tym produkowanym przez firmę Sleepyhead! Miałam wersję „mini”, a później dokupiłam również „grand” w której do tej pory Mia uwielbia spać w południe, jeśli najdzie ją ochota.

Po czwarte, ubranka, kocyki itepe. Jakie to szczęście, że nie cierpiałam na obsesję różowych, słitaśnych ciuszków dla dziewczynek i zainwestowałam w neutralne, bardzo ładne ubranka. Chwała mi za to. Stąd wiele śpioszków czy pajacyków może zostać ponownie użytych – zresztą nie oszukujmy się, są w wyśmienitym stanie, bo niektóre były użyte tyle, że na palcach jednej ręki można policzyć (tak, tak nakupiliśmy zdecydowanie za dużo szmatek dla dziecka na początku, haha!). Jedyne czym maluch może mnie zaskoczyć to rozmiarem, może te wszystkie „newborn” będą za małe na przykład, ale wiadomo, tego przewidzieć się nie da. Jasne, że dokupiłam i pewnie jeszcze dokupię kilka typowo chłopięcych ubranek – coś z Batmanem, z dinozaurami czy autami, ale jestem przeszczęśliwa, że cudne beżowe i białe ubranka z Kubusiem Puchatkiem i Tygryskiem ponownie ujrzą światło dzienne!!! Co do kocyków – nie chce ani pół, ani ćwierć kocyka więcej. To jakaś zmora i pewnie niejeden rodzic to potwierdzi.

Po piąte, moja wiedza. I o ile wiele, wiele mnie jeszcze może zaskoczyć to jednak już wiem doskonale co się sprawdza, a co nie. Wiem jakie chcę butelki, smoczki, mleko modyfikowane jeśli zajdzie potrzeba, kosmetyki do pielęgnacji czy pieluchy. Mam swoje ulubione firmy, które doskonale się sprawdziły, a niejednokrotnie uratowały mi tyłek w skrajnych przypadkach. Mam podgrzewacze butelek, specjalne termalne opakowania, torbę na wyjścia, maty. Wiem jak zamontować fotelik, co wziąć do parku, w czym prać, jak podnosić, wiem jak ważna jest rutyna, serio czuję się jak bogini. Stres zminimalizowany.

Czegoś nowego się na pewno nauczę, ale sama świadomość, że ta najcięższa lekcja została odrobiona jest wspaniała. Nie, żeby przygotowanie do narodzin córki nie było ekscytujące. Było i to bardzo, ale równiez cholernie stresujące, o czym wielu rodziów jakby wstydzi się mówić, bojąc się czy mają przyzwolenie na bycie spanikowanymi i przytłoczonymi.

Tak, nie wiedziałam co mam robić, jak robić i w ogóle niektóre zagadnienia mocno mnie przerosły. Nie wstydzę się o tym mówić, bo jestem człowiekiem i naturalnie cykam się tego, co nieznane. Pierwsze dziecko i przygotowanie do jego narodzin to prawdziwy rollercoaster emocjonalny. Drugie natomiast to emocje plus opanowanie i przekonanie „mam to pod kontrolą”. Przy trzecim to już chyba naprawdę jest pełen profesjoinalizm (potwierdzacie??).

Przede wszystkim cieszy mnie też, że zamiast biegać po sklepach i w nieskończoność grzebać w internecie, mam czas się zrelaksować, poczytać książkę i cieszyć swoim stanem.

 

 

Podobne wpisy

Dzień Ojca bez fajerwerków, czyli czy tata to gors... Kiedy kilka tygodni temu rezerwowałam stolik na małe śniadanie z okazji Dnia Ojca coś mnie zaskoczyło. Stolików było pełno, żadnych problemów z wybr...
Prosty poradnik jak upokorzyć kobietę na porodówce... Nie pracuję w szpitalu. Nie pracuję dla służby zdrowia. Nie mam w rodzinie czy wśród znajomych położnych i ginekologów, a jednak liczba zasłyszanych...
5 rad jakich kobiety niekarmiące piersią naprawdę ... Cycek, cycek, wszechobecny cycek. Kliniki karmienia piersią, blogi poświęcone karmieniu piersią, medialna nagonka, że karmić trzeba, bo inaczej nie ...
Żadna praca nie hańbi! Czyli krótka rozprawa o sza... Jadę sobie rano, wiadomo ruch, nierozważne łajzy, ślimacze tempo, brak migaczy, roztargnione matki obładowane plecakami, hulajnogami i torebkami. Og...

Dodaj komentarz