Poród po CC, czyli o VBAC

Kiedyś poród siłami natury po wcześniejszym cięciu był nie do pomyślenia. Obecnie już tak nie szokuje. Jasne, że wciąż krążą mity, stereotypy i historie niepowodzeń. Po wpisaniu VBAC (Vaginal Birth After Ceaseran) w wuja Google wychodzą rzetelne artykuły oraz te rodem z horroru. Trzeba się zdystansować.

W pierwszej ciąży myślałam, że cesarka jest niezbędna. Sądziłam, że osoba po operacji serca na pewno nie będzie mogła rodzić naturalnie, bo wysiłek i ból mogą okazać się ryzykowne dla połatanego i potencjalnie słabszego serca. Czasy się jednak zmieniły, opieka medyczna jest na wysokim poziomie, podobnie jak wiedza i otwartość lekarzy.

Ale ja żyłam przeszłym strachem i tym, że nie wytrzymam… Takie moje myślenie tylko pokazuje jak niewiele wiedziałam i jak nieświadomie chciałam się wepchnąć pod nóż. Okazało się, że przy mojej historii choroby cesarka wcale nie była wskazaniem, co uwaga (!) na początku mnie przeraziło (bo rozwaliło mój misternie zbudowany plan, gdzie miałam kontrolę), ale potem właściwie ucieszyło (bo w końcu taka opinia lekarzy znaczyła, że byłam zdrowa i mogłam zdać się na matkę naturę). Jednak plany swoją drogą, a życie swoją. Jak wyglądała moja „porodówkowa przygoda” zapewnie wiecie, a jak nie wiecie to możecie poczytać w jednym ze starszych postów.

Trzy lata później w drugiej ciąży nie mam najmniejszych wątpliwości. Sama dobrowolnie na życzenie – zwał jak zwał – pod nóż nie pójdę. Statystyki straszą, lekarze starszej daty straszą, pojawia się widmo pękniętych macic, rozłażących się blizn, komplikacji, krwotoków i ogólnie samych niefajnych doznań. Zatem najłatwiej według niektórych dać się pokroić ponownie i mieć święty spokój. Właściwie jedno moje słowo i zostałabym umówiona na termin. Ale tego nie chcę…!

Możę się wielu narażę i  znów dostanę wiadomości pełne rad i hejtu, ale naprawdę – cesarka to nie jest żadne fiu bździu, żadna „łatwiejsza opcja”. Naprawdę. To poważna operacja i chociaż sam ból porodu zostanie wam w pewnym stopniu oszczędzony to później tak dostaniecie w dupę, że wam się odniechce. Nie wierzę w żadne historie supermatek, które to trzy dni po już śmigały jak małe motorki, uśmiech na twarzy i jakby się nic nie stało. Dobra, ja też twardo chodziłam (szczerze – chodzenie to pikuś, gorzej z wstawaniem ;)), po kilku dniach prowadziłam samochód, coś tam podnosiłam, a po 3 miesiącach zaczęłam przygotowania do półmaratonu, ale… Nie znaczy, że było miło i lekko!!! Bolało jak cholera. Ciągnęło, rwało, mrowiło, nic przyjemnego. Ból w miejscu cięcia może spokojnie utrzymywać się przez sześć miesięcy po porodzie, a nawet i dłużej, i to jest całkiem normalne. Tylko czy takie fajne…?

Nie skreślam ani nie potępiam cesarki – dzięki niej urodziła się nasza córka, cała i zdrowa i gdyby nie możliwość takiej operacji to wtedy na porodówce mogłoby zrobić się nieprzyjemnie. Zatem cesarka to błogosławieństwo medycyny, kiedy coś idzie nie tak jak trzeba i są do tego wskazania. W innych przypadkach – naprawdę, sorry, że to napiszę – ale to nierozważne, lekkomyślne i pochopne. To jest operacja, prawdziwa operacja ze znieczuleniem, z blizną, z długą rekonwalescencją, z listą powikłań. I trzeba mieć to na względzie. Decydując się na taką formę rozwiązania, warto naprawdą dobrze i na zimno przemyślec sobie wszystkie „za” i „przeciw”.

Kiedyś poród siłami natury po wcześniejszym cięciu był nie do pomyślenia. Obecnie już tak nie szokuje. Jasne, że wciąż krążą mity, stereotypy i historie niepowodzeń. Po wpisaniu VBAC (Vaginal Birth After Caesarean) w wuja Google wychodzą rzetelne artykuły oraz i te rodem z horroru. Trzeba się zdystansować. I to właśnie robię. Nie rozmyślam o bliznach, które rozchodzą się jak rozrywana na pół śliwka. Nie rozmyślam o macicach, które pękają. Myślę, że dam radę i ze wszystkich sił będę próbować. Jak narazie wszystkie badania wychodzą w porządku i nie pojawiło się nic alarmującego, co sugerowałoby, że cięcie byłoby lepszą opcją.

Czy jest strach? Jasne, że jest. Statystyki są różne, zależne od szpitala, kondycji matki, problemów zdrowotnych tych, które już istniały przed ciążą oraz tych, które pojawiły się w jej trakcie, od rozmiarów dziecka i jego ułożenia. W jednych jest tylko 20% sukcesu, a w innych az 70-80%. Czy to zmienia moją decyzję? Nie.

Zatem obecnie całą sobą nastawiam się na VBAC. I dziekuję, że moi lekarze oraz położna są jak najbardziej pro, bo wiem, że zdarzają się uparci, zatwardziali lekarze, którzy straszą i najchętniej wypisują skierowanie na cięcie. Ryzyko jest, ale jego świadomość pomaga mi jedynie zrozumieć cały proces i nie będę mieć do nikogo, tym bardziej do siebie, pretensji jeśli jednak coś pójdzie nie tak i nie uda się urodzić naturalnie. Nastawiam się na próbę i w duchu po cichutku liczę, że będzie udana.

Jak to mówią – kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. 

 

 

Podobne wpisy

9 typów irytujących rodziców na których natkniesz ... Wszyscy ich znamy, a jak nie znamy to poznamy. Może twoja najbliższa przyjaciółka? Brat, siostra? Fejs to wprost wyśmienite miejsce do egzystencji d...
Mamo, chcę na konie! Czy warto zapisywać dziecko n... Może w kółko ogląda "My Little Pony". Albo idziesz z dzieckiem festyn, do wesołego miasteczka, na paradę, a tam trafi się koń, kucyk, może nawet kil...
Jak wyobrażamy sobie ciążę zanim w nią zajdziemy&#... Było o nastroju jak z horroru, o przechodzeniu od miłości do nienawiści w mniej niż w sekundę, było o płaczu i ekscytacji. Teraz czas na obalenie ko...
Operacja na kaczce, czyli nie kąp dziecka z grzyba... Okazuje się, że słodkie, żółte kaczuszki, które pewnie większość z nas daje swoim dzieciom do zabawy podczas kąpieli, mogą być bardziej niebezpieczne ...

Dodaj komentarz