Uchodźcom mówię „nie”!

Mówiąc o setkach i tysiącach uchodźców z Syrii, mówimy też o zupełnie odmiennej kulturze, o radykalizmie, o innym kanonie zasad, zachowań i myślenia. Zdając sobie sprawę z tej rażącej odmienności, otwieramy jednak drzwi, licząc naiwnie, że to wszystko się jakoś ładnie zblenduje, wsiąknie jedno w drugie i będzie cacy. Guzik prawda!

Polityka nie jest zabawna. Wręcz przeciwnie – obchodzić się z nią trzeba jak ze zgniłym jajem. Za dużo w niej szeptania, niedopowiedzeń, układów, sekretów, kłamstw i mydlenia oczu. Dlatego sam polityczny aspekt przyjmowania uchodźców z Syrii do Europy mnie nie obchodzi, kto co komu obiecał, kto się pod kimś ugiął, kto chce pozować z aureolą nad głową. Obchodzi mnie jednak zaburzenie ładu społecznego i zachwianie poczucia bezpieczeństwa.

Mówiąc o setkach i tysiącach uchodźców z Syrii, mówimy też o zupełnie odmiennej kulturze, o radykalizmie, o innym kanonie zasad, zachowań i myślenia. Zdając sobie sprawę z tej rażącej odmienności, otwieramy jednak drzwi, licząc naiwnie, że to wszystko się jakoś ładnie zblenduje, wsiąknie jedno w drugie i będzie cacy. Zasłaniając się zgrabnie wykreowaną otoczką humanitaryzmu i bycia altruistycznym pępkiem świata, politycy wlali w swoje własne społeczeństwo jad i brud. I jeszcze pokrzyczeli „akceptujcie, przyjmujcie, pomagajcie, jest ok”.

Tak, pomagać trzeba. Szczególnie jesli wojna zniszczyła dobytki, życia i nadzieję. Wysłać jedzenie, pomoc medyczną, wsparcie. I równie ważne – negocjować na wysokim poziomie, dążyć do zakończenia konfliktu. Ale tak się nie stało. Politycy niespecjalnie się spieszą z dojściem do konsensusu, a cierpią jak zawsze ci najmniejsi i najsłabsi. Czego ludzie sobie nie uzmysłowili to nie chodzi o chłopca, którego ciało wypłukały na brzeg fale, to nie chodzi o małe, głodne dzieci. Tutaj chodzi o całe rzesze uchodźców przed którymi Europa otworzyła drzwi, a oni się wypięli na wodę, na jedzenie, zajęci iphonami, w nowych nike, rzucali kamieniami w policję i domagali się transportu do państw z wysokim potencjałem socjalno – zasiłkowym. Nie poszanowali naszej europejskiej kultury. Nie przybyli z pokorą i skromnością, przybiegli z żądaniami, pretensjami i wielką gębą.

Będąc w Paryżu, moje stanowisko w tej sprawie zaostrzyło się jeszcze bardziej. Tak, bo nigdy nie byłam za przyjmowaniem uchodźców przez Europę. Tak, przez różnice kulturowe nie do pogodzenia i przez brak jakiekolwiek woli tych ludzi by się zaadoptować w nowym otoczeniu. Oni chcą, żeby było tak jak u nich. Frustruje mnie ich brak szacunku wobec naszych zwyczajów, a wrzeszczenie o nietolerancji jeśli nie respektuje się ich własnych. Tak, widzę w nich socjalne pijawki, które bezpardonowo wysysają rząd kraju, który wyciągnął do nich dłoń. I teraz po wizycie w państwie, które głośno krzyczało o przyjęcie tych biednych ludzi z kraju ogarniętego wojną, na własne oczy przekonałam się, że żądne sensacji media nie kłamią aż tak bardzo.

Paryż wygląda jak zainfekowany wielkimi gąbkami i materacami na których siedzą całe rodziny. Jeden przy drugim, przykryci kocami, pod którymi chowają swoje smartfony. Kocami, które kryją ich firmowe buty. Śmieją się, oglądają turystów, sępią. Na chama, na bezczelnego, na twarz biednego uchodźcy, na nieogoloną twarz udręczonego ojca szóstki dziecki, na smutne oczy dziewczynki, która przez wojnę straciła zabawki, na matkę, która ściska w ramionach swoje maleńkie dziecko, ale na nadgarstku ma dobrze schowany zegarek Michaela Korsa. Nie koloryzuję… Niestety.

Nastolatki atakują grupami. Otaczają turystów, starszych panów i panie, takich z drogimi aparatami, słabszych, niezdolnych by ich dogonić, z refleksem już nie takim by od razu zauważyć znikający portfel. Na Polach Elizejskich było kilkanaście takich grup. Krzykliwi, w liczbie co najmniej czterech, pięciu osób. Kradną na potęgę. Bezczelnie pokazują środkowy palec ludziom, którzy się nad nimi ulitowali i pozwolili przybyć z kraju zniszczonego wojną.

Ocierają się o ciebie w metrze, lepkie ręce zabierają wszystko. Czasem widzisz pojedynczą kobietę, zwykle starszą, pomarszczoną, z im bardziej udręczonym wyrazem twarzy tym lepiej, siedzi i żebra. Wydaje ci, że ona naprawdę jest w potrzebie, sama, przerażona, ale jesli masz wystarczająco dużo szczęścia to zobaczysz, że podjeżdża po nią samochód, zwykle nie taki najgorszy i ją zabiera. Gdzie? Tego nie wiem. Mogę się tylko domyślać.

Ludzie, którym się w dobrej wierze pomogło, stają się nagle wrzodem społecznym. Powodem nasilającej się niechęci wśród obywateli, pojawiającego się strachu oraz rosnącego rasizmu. Ironicznie śmieją się władzom w twarz, bo raz wpuszczeni do kraju, znajdą sposób by już nigdy go nie opuścić. Nie oszukujmy się także, bo aby przebyć tak długą drogę z jednego kraju do drugiego potrzeba sprytu, sił i chartu ducha, starsi i dzieci nie mieli takiej szansy, przecisnęli się zdrowi, silni, z układami, z kasą, ci którzy wiedzieli komu pogrozić, znali trochę języka, prawa, zwyczajów.

Biedni uchodźcy z kraju ogarniętego terrorem i wojną. Takim właśnie sposobem politycy i mądre głowy na szczycie wprowadzają na nasz kontynet grzyb, który zagraża porządkom społecznym. Bo tutaj nie przybyły udręczone dzieci, ale wyrachowane grupy. Ci najbiedniejsi i najsłabsi zostali z tyłu, w brudzie, głodzie i beznadziei. Politycy publicznie łapią się za głowy i obiecują, że zadbają o bezpieczeństwo swoich obywateli, że wprowadzą rejestry, że będą limity. A w rzeczywistości jest tak, że przybyli czują się totalnie bezkarni.

Nie podoba mi się mydlenie oczu, że oni coś z tymi zrobią. Guzik. Nie zrobią. Układy o jakich my szaraki nie mamy pojęcia, delikatne negocjacje, szmery bajery, a co się dzieje na ulicach to nikogo nie obchodzi dopóki nie dojdzie do tragedii, a wtedy wszyscy jak jeden wypełzną do kamer i będą zapewniać o tych swoich działaniach, planach i o tym jak to ich obchodzi los ludzi.

Absolutnie nie pogardzam pomaganiem obywatelom państw ogarniętych wojną. Nie jestem natomiast zwolenniczką przywlekania tych ludzi do zupełnie innego, obcego świata, którym – nie oszukujmy się – na co dzień gardzą i go szczerze nienawidzą. Więc w jaki sposób kiedykolwiek okażą nam wdzięczność za pomoc, czy będą próbować się zaaklimatyzować, być częścią społeczeństwa? Tylko znikoma liczba. Większość wylegnie na ulice, wprowadzi nerwówkę, niepewność, irytację.

Aby wejść do sklepu na Polach Elizejskich trzeba być sprawdzonym wykrywaczem metalu. Nie, nie traktuję tego jak troski rządu o bezpieczeństwo, traktuje to jak żałosny akt desperacji, żeby chociaż trochę naprawić bałagan do jakiego się dopuściło. Godzi to we mnie jako Europejkę, irytuje mnie, że wózek z dzieckiem jest sprawdzany co najmniej jakbym przewoziła w nim dziesiątki granatów, że moje prawa do swobody, bezpieczeństwa i beztroski są ograniczane tylko dlatego, ze dookoła biega setka wyrachowanych oszołomów, którym po prostu dało się możliwość do siania terroru. Nie chcę się bać. Dlatego mówię „nie” otwieraniu granic i niekontrolowanemu wysypowi uchodźców. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.