Słowo klucz – rekonwalescencja

Jasne, że 8 dni po porodzie można się czuć super. Tylko, że 8 dni to za mało, żeby ciało „przełączyło się” na zwykły tryb i wróciło do siebie, nawet jeżeli same czujemy się bardzo dobrze fizycznie i psychicznie.

Jeśli chodzi o fitness i siłownię, inspiruję się kilkoma osobami (do których formy i wyglądu mi wprawdzie lata świetlne, ale warto obserwować lepszych od siebie i czegoś się uczyć). Są to dziewczyny różnych narodowości i startujące w różnych kategoriach kulturystyki i fitness, prezentujące odmienne podejście do treningu siłowego, ale wszystkie łączy jedno – nie boją się żelaza, dźwigają dużo i nie spędzają godzin, biegając na bieżni. 

Motywacja nie bierze się z sufitu. Treningi czasem mogą być monotonne i nudne. Obserwowanie ćwiczeń i słuchanie wskazówek tych kobiet często daje mi kopa w tyłek i dodaje odwagi, by spróbować czegoś innego. Szczególnie, jeśli ćwiczy się samej, bez trenera, warto zerknąć na swój trening pod kątem innego ćwiczenia, innej kolejności, innej ilości serii itp i właśnie dlatego obserwuję takie osoby – są źródłem wskazówek. 

No, ale żeby nie było za pięknie… 

Kolejna influencerka, zawodniczka, trenerka, którą szanowałam i dążyłam ogromną sympatią poszła w cholerę… 

Bo zaszła w ciążę. 

Bo urodziła ślicznego chłopca. 

A po 8 dniach od porodu… wróciła na siłownię i nie, nie zrobiła sobie lekkiej sesji, jakiegoś może rozciągania, spaceru na bieżni czy czegoś neutralnego, ale od razu wskoczyła na ciężkie ciężary i trening nóg i tyłka. 

Szczęka mi opadła do samiutkiej ziemi. 

Ta osoba nie jest laikiem, żadna Zosia Kowalska czy samozwańcza trenerka, ale prawdziwa zawodniczka, która wykonywała swoje ćwiczenia powoli, perfekcyjnie, nie szukała dziwacznych wygibasów, nie chodziła jak głupia z gumami na udach nawet podczas ćwiczeń na biceps, osoba z ogromnym doświadczeniem. A jednak… sława, presja, nie wiem, co jeszcze – wypchnęły tą babkę na siłownię. I zaliczała przysiady z wielkim padem między nogami, z ogromnymi piersiami, które wylewały się z jej sportowego stanika, pewnie wciąż obolała i spuchnięta. I patrząc na jej video, poczułam nie tyle nawet zniesmaczenie, co zrobiło mi się jej szkoda. 

Jasne, 6 czy 8 tygodni po porodzie jest według lekarzy umownym terminem, kiedy możesz sobie zacząć ćwiczyć. Jedni wrócą wcześniej, jedni później, inni w ogóle. Profesjonaliści wrócą dużo szybciej. To zależy od twojego ciała. Od kondycji i samopoczucia. Nie ma się co licytować. 

Ale 8 dni? I to nie na pilates czy jakieś lżejsze ćwiczenia, tylko na martwe ciągi i przysiady z większym obciążeniem. Cała moja sympatia i adoracja wyleciały przez okno. Nie mogłam na nią patrzeć, wzorować się na niej czy inspirować. Nie z zawiści czy z zazdrości. Ale z niedowierzania i trochę też żalu, że kasa i sława popchnęły ją do takiego ekstremum, by sugerować, wręcz wciskać nowym mamom, że kilka dni po porodzie jest ok rzucić się na żelastwo i to dokładnie tak jak przed ciążą i rwać, podnosić, wyciskać.

Może się czepiam… Jasne, że 8 dni po porodzie można się czuć super. Tylko, że 8 dni to za mało, żeby ciało „przełączyło się” na zwykły tryb i wróciło do siebie, nawet jeżeli same czujemy się bardzo dobrze fizycznie i psychicznie. Dziewięć miesięcy zmian w czasie ciąży. Później poród, który też w wielu przypadkach potrafi nadwyrężyć zdrowie kobiety. Po tym paśmie zmian i adaptacji ciała do nowych okoliczności, naprawdę ostatnim czego ono potrzebuje to zapierdzielanie na skakance, wyciskanie 50 kilo na klatę czy ciężkie martwe ciągi. I moim zdaniem ktokolwiek pokazuje taką właśnie wizję innym osobom, zapewnia wręcz, że to jest ok, powtarza jak papuga, że ruch to zdrowie i im wcześniej zaczną, tym szybciej wrócą do formy sprzed ciąży jest niepoważny. To po prostu wprowadzanie ludzi w błąd. 

No ale widocznie bycie „influencerem” to dbanie jedynie o własne kontrakty i konto bankowe, a nie o grono obserwatorów. 

Aktywność jak najbardziej. Ale z głową. Regeneracja nie wydarzy się w przeciągu dwóch czy trzech dni. I nawet gdy lekarz da zielone światło po 4, 6 czy 8 tygodniach to nie oznacza, że powinnismy zapisać się na hardkorowy obóz treningowy typu „no pain, no gain”. 

Słowo klucz – rekonwalescencja

Szkoda, bo bardzo lubiłam dziewczynę oglądać i słuchać. Teraz jakoś nie mogę… Czuję niesmak. Straciłam zaufanie. Po fali negatywnych komentarzy odpowiedziała jedynie, że skoro czuła się gotowa, to czemu ma nie ćwiczyć? Jak dla mnie każdy może robić, co chce z własnym ciałem, byle nie zachęcał innych do czegoś, na co nie są gotowi bądź co może być dla nich szkodliwe. 

Pozostawię to tak właśnie…