Rozmowa dwóch nieidealnych

Patrz, jaki czysty jest mój dom. Bla bla bla. Ogarniam całe moje życie, obejrzałam serial, przeczytałam książkę, zrobiłam dwa dania na obiad, aaaa no i jeszcze ciasto. Jakieś skomplikowane, żaden ucierany zakalec z truskawkami. A jako taka przeciętna mamuśka czujesz się jak kupa, bo ogarnęłaś jedno wielkie nic.

Inspiracją do napisania tego tekstu nie była dzika polemika w sieci, kolejny słitaśny wpis o tym jakie macierzyństwo jest kolorowe, piękne zdjęcia blogerek, ale szczera rozmowa z kimś, kto właściwie nie jest nawet moim bliskim przyjacielem, a jedynie znajomą, z którą łączy nas biznes i teraz też dzieci.

Okazuje się, że matek nieidealnych jest więcej i że wiele z nich bez spiny i ściemy potrafią przyznać się do swoich słabości, a potem i tak zebrać do kupy i dać radę. Nie ma nic gorszego niż hipokryzja, która tak często wyziera z sieci i sztucznie kreowanej rzeczywistości.

– Wiesz co, całą ciążę byłam przekonana, że będę mieć szybki poród. Moja mama urodziła mojego brata w trzy godziny, drugiego brata w półtorej, a mnie w dwie.

– I jak było?

– K*** okropnie! Dramat i płacz. Obudziły mnie skurcze o trzeciej w nocy, zadzwoniłam do szpitala, kazali mi zostać w domu więc tak sobie liczyłam skurcze do 6 wieczór. I myślałam, że mnie trafi szlag. Jak w końcu pojechałam na porodówkę to się okazało, że nie miałam rozwarcia, zwijałam się z bólu, gaz spowodował u mnie totalne rozmiękczenie mózgu i jakąś absurdalną głupawkę, aż po kilku kolejnych godzinach odeszły wody. Dali mi zastrzyk na przyspieszenie akcji porodowej. Zerzygałam się jakieś pięć razy. Po prostu elegancja w pełnym wydaniu.

Wzdycha i kontynuuje.

– A potem epidural. Jak było fajnieeee!

– To jest normalnie jak błogosławieństwo.

– I coś się spieprzyło. Musieli robić cesarkę. I to szybko.

Rozszerzam oczy ze zdziwienia.

– Na stole pojawił się kolejny problem. Dostałam jakiejś reakcji alergicznej, musieli mnie totalnie uśpić. Obudziłam się po paru godzinach tak nieprzytomna i naćpana tą całą chemią, że nawet nie potrafiłam się cieszyć moim synem. Porażka. I wiesz? Zawsze byłam totalnie przeciw cesarkom, ale teraz jeżeli bedziemy mieć drugie dziecko to od razu umawiam się na cięcie. Bez stresu, bez jakiejś bezsensownej męki przez tyle godzin. Myślisz, że to głupie?

-Nie.

– Bo wiesz, ta cała bezsensowna presja. Musisz rodzić naturalnie, musisz karmić piersią, bo jak nie to z miejsca jesteś złą matką. Zeżrą cię żywcem i powiedzą, że poszłaś na łatwiznę i jesteś niepełnowartościowa.

– Porody nie są ani eleganckie, ani ładne. Jak widzę te słodkie zdjęcia po porodzie, wszystkie w bieli, promieniują radością i uniesieniem to sobie myślę „daj spokój”. Bo to tak nie wygląda. Kit. Jesteś padnięta, spocona, zerzygana, zakrwawiona, szczęśliwa, ale na pewno nie pełna gracji i wdzięku. A wejdziesz na social to takim właśnie gównem cię nakarmią, że jest tak schludnie, czysto i bez zgrzytów.

– Święta prawda! A wiesz co było następne – myślałam, że to będzie takie łatwe – jak dziecko śpi można wszystko ogarnąć albo się zdrzemnąć. Bo się naczytałam głupot, że jak dziecko śpi to sobie ćwiczę jogę albo oglądam serial i jeszcze zostaje czas na ugotowanie dwudaniowego obiadu.

Wybucham śmiechem. Bardzo głośnym śmiechem.

– Ej, ale kto ci tak powiedział?? – dukam przez łzy rozbawienia.

– Właśnie – mówi. – Wtedy nie wiedziałam, teraz też się śmieję i pukam w łeb. Jakie spanie? Jakie ogarnianie? Jaka praca? Ja się łudziłam, że podczas jak mały będzie spał to zrobię edycję dwóch, trzech zdjęć. Haha! Jasne.

– Zdążyłaś choć odpalić kompa? – śmieję się.

– Nie! Co to za kłamstwa?! Ta chwila spokoju. Ugotowany obiad. Wyprasowane ciuchy. Makijaż. Serio?

– No to wejdź na Instagram. Tam wszystkie super matki to ogarniają.

– Jedną ręką. W minutę – mówi z sarkazmem. – Właśnie jaki to jest pic na wodę. Boże, patrz jakie mam dziś włosy i zrobiłam kontur całej twarzy i nałożyłam szminkę, i właśnie odgrzewam mleko dla dziecka. Patrz, jaki czysty jest mój dom. Bla bla bla. Ogarniam całe moje życie, obejrzałam serial, przeczytałam ksiazke, zrobiłam dwa dania na obiad, aaaa no i jeszcze ciasto. Jakieś skomplikowane, żaden ucierany zakalec z truskawkami. A ty jako taka przeciętna mamuśka czujesz się jak kupa, bo ogarnęłaś jedno wielkie nic.

– Dziecko weryfikuje wszystkie twoje plany tak w kilka minut – mówię, wzdychając.

– To jest strzał w policzek. Obudź się! Rzeczywistość puka do drzwi. Puk puk. I wiesz co… te wszystkie organiczne matki weganki. Coś ci powiem – zniża głos i się uśmiecha. – Jadłam w ciąży w mięso. Pierwszy raz od 10 lat.

Rozszerzam oczy ze zdziwienia. Tak jak i ja jest wegetarianką.

– Poważnie – mówi. – Miałam taką potrzebę. To znaczy mój syn chyba miał. Po porodzie momentalnie mnie na nowo odrzuciło. Dziwne, co? Nie umiem tego wyjaśnić. I najlepsze, że w ogóle nie czułam się z tego powodu źle – fizycznie czy moralnie. Zjadłam nawet kilka krwistych steków. O co chodzi, jak, co i dlaczego, nie mam pojęcia.

Kiwam głową. A ona się rozkręca.

– Wkurza mnie narzucanie swoich wyborów dziecku. Jak ja jestem wegetarianką to moje dziecko też będzie. Nie dam mu zdecydować. Jestem weganką więc moje dziecko będzie jadło tofu. A potem w przedszkolu jedno z drugim patrzy na innych i czuje się gorsze, bo chciałoby spróbować, a mama mówi nie. Ciekawe czy tym matkom ktoś to narzucał? Pewnie nie, one są takie przeciwko mainstreamowi, rozumiesz – mówi z przejęciem. – Nie będą niszczyć środowiska, cukier jest zły, ich dzieci mają świeczki w oczach jak inne dostają od Mikołaja lizaka, a im matka nie pozwala i daje jakieś organiczne gówno bez cukru, bez kalorii, bez glutenu itepe. Ciekawe czy same były takie mądre jak miały po sześć lat i by się zadowoliły takim srako – lizakiem.

Wybucham śmiechem.

– Mówią o wyborze, a same go nie dają.

Milknie, a za chwilę podejmuje temat na nowo.

– Też myślisz, że macierzyństwo weryfkuje przyjaciół?

– Pewnie! Nie wiem ile juz osób wywaliłam z telefonu i swoich social, bo po urodzeniu dziecka doszłam do wniosku, że nasze drogi się rozlazły w zupełnie innych kierunkach. I te ich rady… Nie mogłam znieść.

– Mądre rady co do macierzyństwa, kiedy sama nie masz dzieci. Ha, też to uwielbiam. Zawsze słucham z uwagą. Powinnaś słuchać, wiesz jaki z tego może być ubaw po pachy.

– Ej, ale z nas złe matki… Dajemy dzieciom cukier, szczepimy je, dzieci nie są wegetarianami, puszczamy im bajki z ipada, ciiii, lepiej nie mówic o tym głośno, bo nas zlinczują.

– A wiesz, że ja to już jestem zła matka do kwadratu… – patrzy na mnie i zawiadacko się uśmiecha. – Bo mam sprzątaczkę raz w tygodniu.

– Jak to? – śmieję się. – Nie ogarniasz? Śmiesz wynajmować panią do sprzątania? Jesteś mega zła!

Podobne wpisy

Handel na fejsie, czyli mama sprzedaje, kupuje, os... Coraz bardziej się przekonuję, że trzeba zawijać manatki i uciekać z wszelakich matczynych grup na facebooku, których celem jest sprzedaż, kupno i w...
Emigranci (nie) mają łatwo Mieszkasz w Polsce. W Gdynii, w Radkowej, Lublinie, w Wałbrzychu, w Opolu i bez znaczenia co cię tam trzyma, patrzysz ku nowym ziemiom, ku zachodnie...
Poznaj prosty sposób, by stać się lepszym rodzicem... Wychowanie dzieci przynosi równie wiele szczęścia i satysfakcji co frustacji i poczucia całkowitej bezradności. Tuż obok spontanicznych wybuchów śmi...
Bożenka z „okienka” Ciemna noc. Głucha noc. Bluza z kapturem. Brudny kocyk, może reklamówka z biedronki albo stara koszula. Prawie niesłyszalne kwilenie. Odór strachu i...

Dodaj komentarz