Polak (nie) mówi po angielsku

Jest skrajnym obciachem brak umiejętności posługiwania się angielskim jeżeli mieszka się, żyje i pracuje na emigracji w Anglii. Nie mówie o idealnej gramatyce i wymowie (bo tej to nawet rodowitym mieszkańcom nierzadko brakuje), ale o podstawach.

Wyjeżdżając do innego kraju w celach zarobkowych i ogólnie rzecz biorąc, aby prowadzić codzienne życie, oprócz znalezienia lokum, pracy i oswojenia się ze zwyczajami najważniejszym krokiem powinno być zaznajomienie się z językiem. Teraz pewnie kilkoro z was pokręci z głową, że się mądrzy gdzie nie powinna i że to takie oczywiste przecież i po co o tym pisać. Jak pokazuje rzeczywistość, wcale oczywiste nie jest.

Szczerze? Uważam, że angielski jest jednym z łatwiejszych języków. Oswojenie z wymową przez oglądanie filmów czy słuchanie muzyki czy podobieństwo wielu słów naprawdę sprawia, że można stosunkowo łatwo nabyć wprawy w komunikatywnym posługiwaniu się angielskim w zwykłych codziennych sytuacjach. To nie chiński, francuski czy norweski. To dźwięczny, przyjazny początkującym język. Ale jak się okazuje nie dla wielu Polaków.

Panika w oczach pojawia się kiedy trzeba zadzwonić do banku, załatwić ubezpieczenie na samochód, wypełnić ankietę od lekarza, iść na pogawędkę z nauczycielką dziecka, zwrócić coś do sklepu, rozwiązać sąsiedzkie niesnaski, złożyć wniosek o zasiłki, kupić pralkę. Co wtedy? Okazuje się, że po angielsku ani be, ani me albo język jest na poziomie „Kali jeść, Kali pić” i zupełnie nie przyda się w rozwiązaniu problemu. Myślicie, że to odosobniony przypadek? Otóż nie. Co chwila na forach intenetowych pojawiają się błagania pracowników, żeby ktoś łaskawy przetłumaczył im list do szefa o zmianę godzin albo pomógł wypełnić ankietę rodzica do szkoły. Polacy z trudem zamawiają kawę w kawiarni, a samochód ubezpieczają u polskich agentów i przepłacają, bo nie mają jak załatwić tego w angielskiej ubezpieczalni. Chodzą do polskich lekarzy, bo nie potrafią wyjaśnić problemu temu angielskiemu. Wrzucają na grupy facebookowe zadania domowe swoich dzieci, bo nie rozumieją co jest wymagane. Kiedy otrzymują za wysoki rachunek, ubiegają sie o zwrot podatku, chcą napisać skargę, dostają list z urzędu miasta o dosłanie jakiś dokumentów, zaczyna się istna panika i poszukiwanie kogoś, kto za nich ten problem rozwiąże. 

Niby żadna żenadą nie jest proszenie o pomoc. Owszem, nie jest. Tylko wtedy kiedy faktycznie coś poważnego stoi nam na przeszkodzie. I nie ma wymówek, że starość, brak czasu czy potrzeby.

A nie wtedy kiedy „mieszkam tu 10 lat, ale po angielsku umiem tyle co nic, jakoś tak wyszło”. Takie przypadki, później żebrzące o pomoc w darmowych tłumaczeniach różnych pierdółek to irytujące i żałosne przykłady lenistwa i ignorancji. Zakupy robi się w polskim sklepie, chodzi do baru gdzie obsługuje polska kelnerka, trzyma się w gronie rodaków, ogląda tylko polską telewizję, czyta onet, mała Polska w środku Anglii. Hermetyczna, prowincjonalna, uboga, arogancka.

Nie trzeba o razu biec do koledżu, kupować kursu języka online, czasem wystarczy słuchać radia, iść do Tesco zamiast do sklepu „Żuczek”, kupić angielską gazetę. I spróbowac. Ignorując znajomość języka, odbieramy sobie szansę na lepszą pracę, na poznanie nowych znajomych, na uczestnictwo w różnego rodzaju fetach i wydarzeniach, na luz codziennego życia i umiejętność rozwiązywania problemów. Na facebooku co rusz prowadzone są darmowe zajęcia na żywo z języka. Ale się nie chce… Bo po co. I to mnie wkurza.

Jest dla mnie skrajnym obciachem brak umiejętności posługiwania się angielskim jeżeli mieszka się, żyje i pracuje na emigracji. Nie mówie o idealnej gramatyce i wymowie (bo tej to nawet rodowitym mieszkańcom nierzadko brakuje), ale o podstawach. O wyjściu poza czubek własnego nosa, o większej otwartości na kraj w którym egzystujemy.

Jedna myśl na temat “Polak (nie) mówi po angielsku”

  1. Niestety zauważyłam to również w Irlandii, jednak myślę, ze to występuje bardziej u ludzi którzy jako starsi wyjechali za granicę i po prostu im ciężej się ten język przyswaja . Mi osobiście po roku czasu angielski poprawił się o 180 stopni właśnie poprzez nawiązywanie kontaktu z innymi ludźmi, seriale po angielsku, gazety, książki, a przyjeżdżając tutaj wstydziłam się przedstawić 😛

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.