Po 11-ste: nie hejtuj

Czy nie ma na świecie przyjemniejszych rzeczy do zrobienia niż ślęczenie przed monitorem i rzucanie zgniłymi jajkami w obcych ludzi? Okazuje się, że hejt nabiera rozpędu i dla wielu staje się sposobem komunikowania swoich poglądów i frustracji. Dyskusja umiera, jej miejsce powoli zajmuje wylewanie wirtualnego gnoju.

Pojawiło się modne słówko “hejt”. Samo zjawisko było już wprawdzie w kanonie naszych zachowań i myślenia od dawna, teraz ma jednak nową, modną nazwę.

Okazuje się, że możliwości hejtu są nieskończone. Pojawia się wszędzie, włazi w najmniejsze i najniewinniejsze zakamarki, takie pozornie zupełnie na luzie, takie co to nikomu nie powinny wadzić. Wchodzi nawet tam gdzie miejsce powinno być jedynie na zabawę, żart i śmiech. Gdziekolwiek się pojawia, wylewa się na innych czarną jak smoła pogardą, mądrkowaniem, a nierzadko i soczystym bluźnierstwem. Im więcej wyczuwa tłumaczeń, tym silniejszy i gniewniejszy rośnie.

Hejt atakuje ze wszystkich stron. Atakuje organizacje charytatywne, blogerów modowych, parentingowych, lifestylowych, kulinarnych, strony o motoryzacji, fryzjerstwie i jakach w Tybecie. Złe i żałosne może być wszystko – zbiórka na chorą osobę, na ratowanie zaniedbanych psów z pseudohodowli, nowy przepis na rosół czy tekst o odpieluchowaniu. Jad może zostać wylany z najmniej oczekiwanej strony, w sposób niepohamowany i przesadny.

Zwykłe zdjęcie z wakacji na instagramie może wywołać falę toksycznych komentarzy w stylu takim to dobrze, leżą dupą do góry, oczywiście pewnie zasponsorowane za serię reklamowych wpisów, co się chwalisz i wiele, wiele gorszych. Tutorial makijażu może zostać zmasakrowany za „ilość tapety na twarzy, gdzie naturalność, sam tynk, szpachlą to wszystko nakładaj a nie jakąś gąbeczką”.  A zdjęcie dziecka jedzącego kromkę z masłem bluzgiem od eko „ty idiotko, dajesz dziecku chleb z pszenicy GMO i masło, odzwierzęce, z mleka, z ropą i resztkami kału, doucz się lepiej matko od siedmiu boleści”. I chciałabym w tym miejscu zaznaczyć, że przytoczone komentarze są autentyczne…


Zjawisko hejtu jest dla mnie tyle frapujące co i przerażajace. Intrygują mnie powody dla których ludzie są w stanie publicznie, aczkolwiek anonimowo, wylać hektolitry złości, nienawiści i zazdrości w stronę osób, działań i akcji, które może nawet czasem ich bezpośrednio nie dotyczą. Czy możliwe by stawało się to uzależniające? By hejtowano dla samego hejtowania? Bez znaczenia czy obchodzi mnie wycinka drzew dżungli amazońskiej to wypisze komentarze „pi***doleni aktywiści, zająć się życiem a nie wiązać do pni”, choć ma trzynaście lat i zero wspólnego z macierzyństwem to na wpisie na blogu parentinowym zbluzga matkę, że pisze o karmieniu piersią, bo „kto chce czytać o tych twoich ohydnych wymionach?! Jesteś obrzydliwa”?

Frapuje mnie oblicze i psychika jednostki porywającej się ze wzburzoną i wściekłą klawiaturą na świat i jego kreacje. Jakie procesy zachodzą w jej głowie by bluzgać na wszystko i zatruwać sieć swoją niechęcią? Samoistnie nasuwają się stereotypowe skojarzenia z niską samooceną, nerdowskimi okularkami i pryszczatą twarzą, przyklejenie do klawiatury i brak życia towarzyskiego, które popychają ludzi do wylewania bolączek właśnie w taki sposób. Niestety z obserwacji wynika, że takimi „muchomorkami – trujakami” internetowego świata są często zadbane, stateczne osoby w średnim wieku, mamy, dziadkowie, nauczyciele, lekarze, praktycznie każda grupa społeczna może potencjalnie mieć swoich niechlubnych, sfrustrowanych, wściekłych i bluzgających przedstawicieli. Czy potrzebując ujścia swoich prywatnych frustracji i niezadowolenia, uciekają się do najniższej i prymitywnej formy poskarżenia się na świat?

Dyskusja umiera, jej miejsce zajmuje wylewanie gnoju.

Choć w wirtualnym świecie panuje całkowita wolność, to jednak nie zwalnia nas ona od zachowania kultury osobistej. Anonimowość jest pojęciem względnym i bardzo złudnym, bo praktycznie każdy komentarz czy wpis można namierzyć i połączyć z IP komputera.

Przeraża mnie skala i rosnąca popularność negowania, opluwania i deptania wszystkiego na co natkniemy się w sieci. Blogi co chwila spijają kwas zazdrośnic wytykających, że za darmo, że sponsorowane, że dostałaś, że się sprzedałaś, że zarabiasz na klepaniu tych swoich żałosnych tesktów. Wydarzenia sportowe czy społeczne atakowane są z różnych powodów, wytyka się wszystko od drobnych potknięć trenera do totalnie wyimaginowanych zarzutów. Na zdjęcia, opowiadania, piosenki wylewa się potok personalnych bolączek, preferencji, które nikogo nie obchodzą oprócz krzyczącego. Hejtuje się akcje charytatywne, ludzi grubych i ludzi fit, samotne matki i samotnych ojców, samochody, kurierów, wpis o pogodzie w RPA, rozprawkę na temat „Dziadów”. Zawsze znajdzie się nadgorliwa dusza gotowa wylać trochę ekskrementów.

Żaden wpis w sieci nie jest bezpieczny – najbardziej niewinny znajdzie swoją nienawistną duszę, która wypisze niecenzuralne elaborty. Gównoburza wisi nad każdym z nas, nad każdym postem, tekstem, zdjęciem, komentarzem, nikt nie jest bezpieczny, nawet na forum o słodkich pieskach i kotkach.

Czy nie ma na świecie przyjemniejszych rzeczy do zrobienia niż ślęczenie przed monitorem i rzucanie zgniłymi jajkami w obcych ludzi piszących o sprawach, które nas czasem nawet nie dotyczą? Zajmijmy się życiem, rozwojem, rodziną, karierą, pięknem, swoim hobby. Wyjdźmy na spacer, idźmy do kina, przeczytajmy z dzieckiem bajkę, zadzwońmy do przyjaciela, cokolwiek co związane jest z naszym życiem a nie wirtualnym światem.

Nie marnujmy czasu na hejt. Nikomu nie robi dobrze, a o nas samych świadczy co najmniej bardzo źle!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.