Pierwsza połowa już za mną

W początkowych tygodniach oprócz mdłości doszło również ogromne zmęczenie, które pokonywało mnie na każdym kroku. Wiecie ile można sobie uciąć drzemek? Sporo! Potrafiłam obudzić się o szóstej rano, a o dziesiątej ziewać i zasypiać na stojąco.

Pierwsza połowa przeleciała tak szybko, że nawet nie zdążyłam się zorientować. Czas od zrobienia testu do lekko zaokrąglonego brzucha wydaje się jedynie mrugnięciem oka. Może to przez fakt, że opieka nad córką, praca oraz codzienność nie dają mi wiele czasu na rozmyślania. Po prostu spinam się, robię co do mnie należy, cieszę życiem i nie skreślam każdego dnia ciąży w specjalnym kalendarzu (co za wyrodna baba ze mnie, nie?). Fakt, mam ze dwie aplikacje w telefonie, gdzie co tydzień czytam sobie o rozwoju płodu, o wymiarach, o tym jakie organy się kształtują, a jakie już prężnie działają, o ciekawostkach, zagrożeniach, typowych dolegliwościach matek oraz o tym na co ewentualnie zwrócić uwagę. To fascynująca lektura i z niecierpliwością czekam, by otworzyć kolejny „rozdział” i poczytać coś o naszym synku. I pomimo, że całkiem nieźle wiem jak wygląda rozwój ciąży, bo w pierwszej naprawdę bardzo interesowałam się jej wszelkimi aspektami (nie dlatego, że miałam jakieś schizy, ale dlatego, że szczerze mnie ten temat fascynował) to wciąż sprawia mi to wiele radości i zawsze uda mi się dowiedzieć czegoś nowego.

Ale do rzeczy… 

Pierwsze tygodnie były naprawdę, że tak powiem slangiem ”lajtowe”. Może dlatego, że byliśmy w tym czasie na wakacjach? Nie wiem. Albo po prostu miałam szczęście? Dopiero gdzieś około szóstego tygodnia zaczęły się typowe dla tego okresu mdłości. Bez wymiotowania, ale wstrętne mdłości, które potrafiły trwać całymi dniami, wieczorami, pojawiać się bez ostrzeżenia w środku dnia, o jedenastej w nocy, wolna amerykanka. Perfum, który kupiłam sobie na lotnisku przed wylotem do Turcji, został odłożony na lepsze czasy, bo zaczął wywoływać u mnie niesamowitą awersję. Nie chciało mi się nawet czytać książek (to już poważny problem;)) czy oglądać czegokolwiek w telewizji, bo non stop czułam, że zaraz się, za przeproszeniem mówiąc, porzygam. I tak trwało to do gdzieś dwunastego tygodnia, a potem magicznie ustąpiło. Taa – dam!

W początkowych tygodniach oprócz mdłości doszło również ogromne zmęczenie, które pokonywało mnie na każdym kroku. Wiecie ile można sobie uciąć drzemek? Sporo! Potrafiłam obudzić się o szóstej rano, a o dziesiątej ziewać i zasypiać na stojąco, ucinać sobie taką „power nap”, czyli krótką drzemkę dla regeneracji przed południem (no jak się dało, bo w pracy to jedynie snułam się do kantyny, by doładować się czymś słodkim), by za trzy, cztery godziny znów iść się zdrzemnąć, a potem odpłynąć zaraz po dwudziestej pierwszej. A gdyby dało się wcisnąć kilka drzemek więcej, uwierzcie, że ochoczo bym skorzystała!

To naprawdę nietypowe, bo jestem nocnym markiem i rzadko można mnie zobaczyć w łóżku przed dwudziestą trzecią, a o dziewiątej słaniałam się na nogach i usypiałam przy myciu zębów. Chodziłam nieprzytomna, bez energii i woli do wysiłku. Przerwałam treningi personalne, bo po prostu przy moim totalnym braku sił, chęci czy witalności nie było sensu się pocić, skakać czy podnosić ciężarów. Taki stan trwał długo… Myślę, że co najmniej do 16 tygodnia, jak nie troszkę dłużej. Czułam się wypłukana, apatyczna i drażliwa, pomimo, iż moje wyniki były doskonałe i niczego mi nie brakowało. I do teraz wciąż mam dni, kiedy po solidnych ośmiu godzinach snu, budzę się tak słaba i zmęczona, że marzę, by znów się położyć.

Z jedzeniem też były przeboje. Nic mnie nie odrzucało, ale za to moje ciało odrzuciło… nabiał. Przez kilka tygodni nie połączyłam A z B i cierpiałam na wzdęcia, które potrafiły sprawić, że podczas zaledwie kilku godzin waga wskazywała do czterech kilo więcej. Serio! A mój brzuch wyglądał na większy niż jest teraz w prawie szóstym miesiącu!!

Było mi źle, skóra swędziała, brzuch bolał, espumisan mogłam sobie podarować, bo właściwie to w ogóle mi nie pomagał. I wtedy nagle do mnie dotarło… jogurty, serki wiejskie. Po prostu nabiał. Z dnia na dzień odstawiłam wszystkie produkty mleczne i za radą mamy posiłkowałam się dodatkowo priobiotykiem. I nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżczki wszystko ustąpiło! Znowu zapinałam spodnie bez dyskomfortu, ale z drugiej strony musiałam nieustannie pilnować, by w naszej lodówce znalazły się jogurty na mleku kokosowym czy sojowym i ser bez laktozy. To był chyba największy hardcore. Cieszę się, że znalazłam przyczynę, bo dyskomfort tej przypadłości naprawdę poważnie rzutował na moje samopoczucie. Co najlepsze, uwaga… Kilka tygodni temu to ustrojstwo całkowicie zniknęło. Ciało ludzkie jest naprawdę niezbadane, a ciało kobiety w ciąży to już w ogóle! I niech mi ktoś to wyjaśni ha ha!

Co ciekawego wydarzyło sił po szczęśliwym wejściu w drugi trymestr? Pojawiły się nerwobóle w biodrach wędrujące nieprzyjemnym promieniowaniem w dół nóg. Tak, w pierwszej ciąży też je miałam, ale gdzieś dziewiątym miesiącu, a nie w czwartym!!! Ból wciąż mi towarzyszy. Właściwie tylko w prawej nodze i pojawia się bez ostrzeżenia w najmniej oczekiwanych chwilach i bez żadnego konkretnego powodu. Irytujące. Ale podobno co cię nie zabije to cię wzmocni, nie?

Mam wrażenie, że moja lista do tej pory to same zażalenia i problemy. Tak, zdecydowanie w tej ciąży jest mi ciężej fizycznie, ciało odmawia posłuszeństwa i wyczynia głupoty. Mentalnie umysł też pracuje na wyższych obrotach, a i straszy naprawdę realistycznymi snami. Skóra jest brzydka. Włosy rosną jak szalone. Ale poza tym czuje się ok.

Nie piszę tego tekstu, by się skarżyć i oczekiwać na wiadomości pełne współczucia i wsparcia, ale by pokazać, że nie da się przewidzieć tego co przygotuje dla nas matka natura i jak zareaguje na to wszystko nasze ciało. I nie ma znaczenia jak było się fit, jaką miało się dietę, ile determinacji i silnej woli. Ciąża może rozwalić na łopatki nawet najbardziej twarde sztuki.

Naprawdę nie mogę się nadziwić jak ciąża potrafi tak o zmienić to, co lubimy, nasze emocje, preferencje, samopoczucie. To nie choroba, ale przedziwny – odważę się powiedzieć – chaos naszego ciała i umysłu. Dla niektórych kobiet bardziej męczący niż uskrzydlający. 

Ale koniec końców, to tylko dziewięć miesięcy i warto zacisnąć zęby, bo na mecie dostajemy najlepszą nagrodę pod słońcem.

Podobno żadne 2 ciąże nie są takie same. I zdecydowanie się z tym zgodzę, ale o tym jeszcze będzie osobny wpis. Teraz zastanawiam się, czym jeszcze zaskoczy mnie moje ciało, buzujące hormony i rozwijające się dziecko? Jaka będzie ta druga połowa? 

 

 

 

Podobne wpisy

Prosty poradnik jak upokorzyć kobietę na porodówce... Nie pracuję w szpitalu. Nie pracuję dla służby zdrowia. Nie mam w rodzinie czy wśród znajomych położnych i ginekologów, a jednak liczba zasłyszanych...
Jak wyrzucić w błoto czterdzieści złotych? Jest mnóstwo sposobów w jaki świeżo upieczona mama może wyrzucić czterdzieści złotych w błoto. Producenci wszelakich produktów bardzo skrupulatnie o...
Dlaczego nie jesteśmy zadowoleni z tego co mamy Cały czas porównujemy się do innych, oceniamy i zazdrościmy. Wnikliwie obserwujemy cudzy dobytek, relacje rodzinne, powodzenie w życiu i zalewa nas ...
5 inspiracji na jesień Jesień hula na całego. Kto ma szczęście i podziwia feerię barw, jarzębinę, delikatne promienie słońca, romantyczne dywany utkane z czerwonych, złoty...

Dodaj komentarz