Oddasz pralkę za darmo? Mam chore dziecko.

„Oddasz za darmo? Proszę. Mam dwójkę niepełnosprawnych dzieci i bardzo ciężką sytuację.” Wyłudzanie, kłamstwa i żerowanie na cudzym dobrym sercu. A potem szantaże emocjonalne: „Też kiedyś poprosisz o pomoc i nikt nie poda ci ręki, zobaczysz”, „Jak można być tak nieczułym na cudzą krzywdę? Przecież proszę dla dzieci, nie dla siebie”. Tylko, że tak naprawdę tej ciężkiej sytuacji ani niepełnosprawnych dzieci nigdy nie było…

Zaczyna się rzewnie, tak by zagrać na czułych nutach naiwnych serc.

„Jestem mamą dwumiesięcznej dziewczynki. Ojciec dziecka nas zostawił. Nie mamy nic, jestem załamana, proszę o pomoc. Przyjmę wszystko – pampersy, ciuszki, laktator, pościel.”

Inne matki poruszone tym nieszczęściem ochoczo oferują pomoc. 
 
„Gdzie mieszkasz? Dowiozę.”
 
„Podaj adres. Wyślę ci trochę ciuszków, większość prawie nowa.”
 
„Mam cztery duże paczki pieluch i bujaczek. Może się przydadzą?”
 
Pomoc od dobrych dusz przychodzi z każdej strony. Bo wizja malutkiej dziewczynki, która nie ma podstawowych rzeczy, najzwyklej w świecie łamie serce. No jak tu nie pomóc? 
 
Otwieram szafę, grzebię w koszach zabawek – zawsze się coś znajdzie, zawsze można coś oddać, podzielić się z kimś, kto nie ma nic. Dobre uczynki przecież wracają. 
 
Kiedy jednak przewiniemy tą historyjkę do przodu o kilka tygodni, bardzo prawdopodobnie okaże się, że nasze ciuszki, zabawki i bujaczki trafią na aukcje, na grupy sprzedażowe i ta rzekomo potrzebująca mama zrobi sobie niezły biznes na cudzej naiwności i głupocie. A dwumiesięczna dziewczynka? Może wcale jej nie było? Może to zdjęcie dziecka koleżanki albo siostry? A nawet jeśli jest to ma się dobrze, bo sytuacja rodziny wcale nie jest ciężka. Że niby przesadzam? Faktem jest, że byłam świadkiem (oraz niestety niechlubną ofiarą) takiego zachowania nie raz i nie dwa… 
 
Konkluzja nasuwa się jedna – strach pomagać! Strach coś podarować, zlitować się nad czyimś nieszczęściem, bo może się okazać, że to ściema i próba naciągnięcia. Smutna konsekwencja takiej bezczelności i oszustw jest taka, że osoby naprawdę potrzebujące dostaną guzik, bo i je będziemy podejrzewać o machlojki i kłamstwa. 
 
„Oddasz za darmo? Proszę. Mam dwójkę niepełnosprawnych dzieci.” – taka odpowiedź na ogłoszenie sprzedaży pralki. 
 
„Czy zechciałabyś sprezentować ten wózek za czekoladę? Mam naprawdę ciężką sytuację finansową, a drugie dziecko w drodze” – odpowiedź na ogłoszenie sprzedaży wysokiej klasy wózka. 
 
„Widziałam twoje ogłoszenie dotyczące ciuszków. Czy zgodziłabyś się oddać je za koszt przesyłki? I tak sprzedajesz je po kilka groszy to może zrobiłabyś dobry uczynek i nam oddała – jesteśmy wielodzietną rodziną, tylko na zasiłku, wszystkiego nam brakuje.” – odpowiedz na ogłoszenie sprzedaży ciuszków.
 
Mogę mnożyć i mnożyć. To nie jest już nawet proszenie o pomoc, to nękanie, dręczenie i narzucanie się. To niekończące się wiadomości, to coraz bardziej dramatyczne opowieści. To wyłudzanie, kłamstwa i żerowanie na cudzym dobrym sercu. To szantaże emocjonalne: „obyś nigdy ty nie była w takiej potrzebie”, „też kiedyś poprosisz o pomoc i nikt nie poda ci ręki, zobaczysz”, „jak można być tak nieczułym na cudzą krzywdę? Przecież proszę dla dzieci, nie dla siebie”. I to są autentyczne odpowiedzi, najprawdziwsze komentarze, pełne jadu, desperackie próby wymuszenia czegoś za darmo. 
 
I efekt jest taki, że kiedy w naglącej potrzebie jest tysiące innych rodzin, samotnych matek, niepełnosprawnych dzieci to ta drobna pomoc, ten akt dobroci i bezinteresowności trafia w niepowołane ręce oszustów. Zostaje bezczelnie wykorzystany. Najgorsze, że zwykle żadnej sytuacji awaryjnej nie było, żadnych wypadków życiowych czy potknięć, a jedynie cwaniactwo, próba oszustwa i irytująca postawa „byle zarobić, a się nie narobić”. A te rodziny w trudnej sytuacji zostają z niczym, zresztą rzeczywistość jest taka, że oni właśnie często o pomoc w ogóle nie proszą – bo się wstydzą, bo mają w sobie resztki godności, bo nie chcą się narzucać ani nikogo kłopotać, bo zaciskają zęby, spinają pośladki i próbują sobie poradzić. 
 
Nie ma nic bardziej wkurzającego niż dwa dni później zobaczyć swój podarunek na grupie sprzedażowej. Zobaczyć, że ta osoba wystawia na sprzedaż wszystko to, co dostała. 
 
Takie sytuacje zawsze wywołują u mnie nie tyle nawet niesmak i frustrację, co najzwyklejszą złość. I czuję się beznadziejnie bezsilna! Bo to już musztarda po obiedzie, z tym fantem nic nie mogę zrobic, nikomu zgłosić, nie odzyskam rzeczy, jedynie mogę naskrobac wiadomość, by poruszyć cudze sumienie (co też jest właściwie bezcelowe). Bo próby konfrontacji czy pytanie o wyjaśnienia spotykają się z głuchą ciszą bądź blokowaniem. 
 
Więc każda wiadomość z prośbą o pomoc spotyka się z moją ogromną podejrzliwością. Od razu zapala się w mojej głowie czerwone światełko i przypominam sobie te wszystkie sytuacje, że ktoś, kto dostał za darmo zabawki, ciuszki, laktator, okazał się społecznym odrzutem i najzwyklejszą moralną mendą. Takie sytuacje sprawiają, że zaczynam być nieufna, wręcz niechętna, by cokolwiek komukolwiek sprezentować. Szkoda, bo pomaganie jest fajne. Bycie nabitym w butelkę już niestety nie i skutecznie zniechęca do jakichkolwiek przyszłych form pomocy. 
 
PS. I jeszcze jedna według mnie ważna kwestia – nawet jeżeli faktycznie ktoś jest w potrzebie i ta pralka z ogłoszenia zmieniłaby jego życie o sto osiemdziesiąt stopni to wciąż nie zobowiązuje to w żaden sposób osoby sprzedającej do „oddania” czy „sprezentowania”. I o tym chyba często się zapomina… Szanujmy się. 
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.