O tym jak kilka lat temu wylądowaliśmy w Birmie

O Birmie wiedzieliśmy bardzo mało. A ta nowo poznana dziewczyna ukazała moim oczom taką feerię barw, że zakochałam się w jednej sekundzie. W tych zdjęciach było coś magicznego, spokój, harmonia i radość. Była normalność. Nie musiała mnie przekonywać. Już wiedziałam, że właśnie to jest to miejsce. Pamiętam jak na koniec powiedziała do mnie „jedź zanim będzie za późno”

Zawsze powtarzam, że uwielbiam podróżować. Wprawdzie jeszcze nie znalazłam w sobie odwagi, by spać w namiotach, domkach bez bieżącej wody ukrytych głęboko w dżungli czy zdawać się na łut szczęścia, ale uważam, że nie odbiera mi to nic z doświadczeń, emocji czy wrażeń z pobytu. Po prostu lubię mieć wszystko dopięte na ostatni guzik – jestem tym typem, który ma przy sobie pęk dokumentów i  potwierdzeń oraz listę miejsc, które warto zobaczyć. Nie znoszę bowiem marnować czasu. Nie lubię myśleć, że jadę w przepiękne zakątek świata i będę musiała gdybać co jest tutaj do zobaczenia, szperać w ulotkach, podpytywać. Pewnie, może i jest w tym zabawa, spontaniczność i przygoda, ale osobiście to lubię maksymalnie i dobrze wykorzystać swój czas. 

Chciałabym opowiedzieć o naszej wycieczce do Birmy. Najlepszej i najpiękniejszej wyprawie jaką do tej pory doświadczyliśmy.

W 2014 zdecydowaliśmy, że wyjedziemy do Azji i pozwiedzamy jeden wybrany kraj. Nie bardzo wiedziałam tylko gdzie dokładnie chcielibyśmy pojechać – w grę wchodziły Wietnam, Indie, Malezja, Laos i Tajlandia. I wtedy najzwyklejszy przypadek sprawił, że na jednym z forum zapytałam o radę i odezwała się do mnie dziewczyna mieszkająca tak jak i ja w Londynie, która zaoferowała swoją radę i pomoc. Umówiłyśmy się na kawę i ciastko niedaleko stacji London Bridge. Podróżowała po wszystkich krajach jakie były na liście naszych zainteresowań. Liczyłam, że pomoże nam wybrać odpowiednie miejsce. Przyniosła ipada pełnego tysięcy pięknych zdjęć z podróży. I powiedziała do mnie „pokażę ci, gdzie chcesz pojechać” i tak zrobiła. Pokazała mi kraj, który wciąż jest relatywnie mało zniszczony jest przez turystykę i pieniądz. A potem moim oczom ukazały się bajeczne zdjęcia z Birmy.

O Birmie wiedzieliśmy bardzo mało. Nazwa tego kraju nawet nie padła, kiedy zastanawialiśmy się nad wyborem miejsca. A ta nowo poznana dziewczyna ukazała moim oczom taką feerię barw, że zakochałam się w jednej sekundzie. Na tych zdjęciach było coś magicznego, spokój, harmonia i radość. Była normalność. Zwykłe ludzkie życie z dala od tego co znamy tutaj w Europie. Nie musiała mnie przekonywać. Już wiedziałam, że właśnie to jest to miejsce. Pamiętam jak na koniec powiedziała do mnie „jedź zanim będzie za późno”. 

Kiedy w domu zaczęliśmy szukać idealnej wycieczki, okazało się, że ceny biur podróży zaczynają się od kilku grubych tysięcy. I wtedy napisałam do niej smsa, że chyba jednak na Birmę najzwyczajniej nie będzie nas stać. A ona po raz kolejny pospieszyła z pomocą. Wyjaśniła jak szukać lokalnych (tzn birmańskich) biur podróży i w jaki sposób za ułamek ceny kupić krajowe loty, noclegi i transporty. Podała mi namiary na kilka różnych, których usług sama używała.

Przeraziłam się. Ale jak to…? Nigdy nie organizowałam wakacji sama – nie tak daleko, nie element po elemencie, nie od zera. Nie wiedziałam czy dam radę… Obleciał mnie trudny do opisania strach, ale i podniecenie.

Klamka zapadła, kiedy kupiliśmy lot na trasie Londyn – Yangoon z przesiadką w Doha. Nie było odwrotu. Zrozumiałam, że wokół tego szkieletu – lot do Birmy, powrotny lot do Londynu – będę musiała zbudować naszą wyprawę.

Był kwiecień. Lot zarezerwowany był na październik. Miałam kilka miesięcy na to, by zafundować nam wycieczkę marzeń. Wypisałam miejsca, które chcemy odwiedzić. Każdego dnia czytałam, googlowałam, przeglądałam fora i przewodniki, by wyłapać te perełki, które najbardziej nas oczarują i zachwycą. Niekoniecznie musiały to być te na pierwszych miejscach w przewodniku, każdy w końcu ma inne poczucie estetyki, potrzeby i zainteresowania. Kiedy wiedziałam już jakie miejsca chcemy odwiedzić i ile dni pragniemy spędzić w każdym z nich, zaczęłam wysyłać szczegółowe maile do biur podróży. Wybrałam kilka hoteli i prosiłam o ceny. O dziwo, odpowiedzi przychodziły bardzo szybko, były rzeczowe i uprzejme. Zaskoczył mnie również całkiem niezły poziom angielskiego.

Wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik – loty krajowe, transfery z lotniska, hotele. Wszystkie hotele oferowały jedynie śniadanie, zatem dodatkowym wyzwaniem na późniejszym etapie było znalezienie lokalnych knajp, by dobrze (oraz z minimalnym ryzykiem zatrucia pokarmowego) zjeść. O ile teraz piszę o tym w kilku zdaniach, całość trwała kilkanaście długich tygodni. Zmiany, negocjowanie cen, zastanawianie się, googlowanie i porównywanie.

Złożyliśmy wnioski o wizy. Następnym krokiem było wpłacenie depozytu na konto birmańskiego biura podróży, by mogli zarezerwować nasze krajowe loty. Przesłanie pieniędzy z UK do Birmy wcale nie jest takie proste. Transfer mógł być dokonany jedynie w dolarach amerykańskich i tylko przez birmańską ambasadę. Banknoty musiały być nieskazitelne – wręcz wyprasowane i szeleszczące, każdy banknot ze skazą był odrzucany.

Czy się bałam? Jasne! Mogło się okazać, że stracimy pieniądze, polecimy na drugi koniec świata i pocałujemy klamkę. Mogło się okazać, że biuro podróży nagle zamknie działalność i nici z wycieczki. Było tysiące wątpliwości, równie wiele strachu i chęci wycofania się z całego przedsięwzięcia.

W końcu zaszczepiliśmy się na wszystkie choroby i pozostało nam tylko oczekiwać dnia do wylotu. Resztę pieniędzy mieliśmy przekazać na lotnisku w Yangoon i wtedy też otrzymac vouchery na hotele, bilety na loty krajowe oraz transfery. 

Stresowałam się… Mogło pójść cudownie, mogło pójść tragicznie. Nie wiedziałam czy ktoś będzie na nas czekał. Czy depozyt przepadnie… Nie wiedziałam też czy wybrałam dobre miejsca, czy faktycznie wszystko zostało zarezerwowane tak jak prosiłam, czy hotele okażą się takie jak na zdjęciach.

Nie ukrywam natomiast, że zorganizowanie wszystkiego samej sprawiło, że całość wyjazdu kosztowała jedynie ułamek tego co wołało sobie angielskie biuro podróży. Nie wierzyłam w takie różnice, a jednak okazało się, że przebitka na niektórych elementach była czasem i 70 procentowa. Kosztowało mnie to wiele pracy, ale jestem dumna, bo dzięki temu stworzyłam plan wycieczki dokładnie taki jaki chcieliśmy. Nie musieliśmy nikomu się podporządkować i tracić czasu na coś co mogło nas nie interesować, szliśmy dokładnie taką ścieżką jaką wybraliśmy. I to było świetne! 

Moje obawy okazały się nieuzasadnione. Na lotnisku w Yangoon czekały na nas dwie niziutkie i dość młode (chociaż po Birmankach ciężko określić wiek) kobiety. Wręczyliśmy im gotówkę, a one wręczyły nam wszystkie papiery. Nie pozostało nam nic innego jak czekać na samolot na terminalu krajowym…

A co było później? O tym kiedy indziej…

Podobne wpisy

7 (irytujących) typów rodziców na wakacjach Bez znaczenia gdzie jedziesz, kiedy, na jak długo, czym, z kim i w jakim celu. Bez znaczenia czy kupujesz luksusowe al-in-klu-sif czy wakacje w 3 - ...
Wakacyjna miejscówka pod lupą – Fuerteventur... Wyspy Kanaryjskie wydają się być europejskim rajem. Podczas gdy wiosną praktycznie wszędzie w Europie panują przeciętne temperatury i raczej nie moż...
Wycieczka na Sardynię – fotorelacja Wrzesień, mimo że już po sezonie, wydaje się jednak być całkiem niezłym miesiącem na urlop. Zdecydowanie mniej turystów, spokojniejsze lotniska i ni...
Weź się nie przejmuj! Doświadczenie cudzej niechęci czy niekrytego sarkazmu jest nieprzyjemne, bolesne i potrafi skutecznie pozbawić motywacji do dalszego działania. Zabu...

Dodaj komentarz