Nie czytaj dziecku książek

Na przestrzeni miesięcy nakupiliśmy mnóstwo książeczek – początkowo prostych, z twardymi okładkami, z obrazkami, z ulubioną Peppą, potem były wierszyki, Disney, Smerfy, a później najzwyklej w świecie przestaliśmy córce czytać… Ale jak? A tak! Na serio.

Jestem zagorzałą czytelniczką. Zawsze byłam. Miałam dłuższe przerwy, niektórzy nazywają to „niemocą czytelniczą”, ale jak tylko czas i okoliczności pozwoliły, powracałam do swojej pasji i hobby. Nie zastanawiałam się nawet przez pół sekundy czy kupować książki dla córki. Przecież to oczywiste, że rozwijają wyobraźnię, że wspomagają rozwój mowy, że pozwalają wspólnie spędzić czas, że zachęcają do wysiłku mentalnego, do nazywania, do rozpoznawania, do emocji.

Na przestrzeni miesięcy nakupiliśmy mnóstwo książeczek – początkowo prostych, z twardymi okładkami, z obrazkami, z ulubioną Peppą, potem były wierszyki, Disney, Smerfy, a później najzwyklej w świecie przestaliśmy córce czytać

Ale jak? A tak! Na serio.

Czytam tylko wtedy, kiedy nie mam sił, kiedy po długim dniu mózg odmawia mi posłuszeństwa albo mam wstrętną migrenę, kiedy mam gdzieś problemy Taty Świnki albo zgubionego Nemo. Wtedy właśnie czytam. Klepię wydrukowany tekst – powiedział, odpowiedział, zapytał, podał to, poszedł tam, wrócił, usiadł, koniec. Dobranoc, słodkich snów i marzę o tym, by dziecko jak najszybciej zasnęło, bo nie mogę doczekać się chwili, kiedy zalegnę na kanapie, napiję się herbaty i przejrzę Pudelka (a jak!).

Takich dni całe szczęście nie jest zbyt wiele. I kiedy wieczór jest naprawdę dobry – wtedy nie czytam. Poważnie. Wtedy opowiadam, odtwarzam, kreuję, przedstawiam ciekawą historię, odkrywam, zachwycam się, odgrywam po prostu czytelniczy teatr zamiast jedynie czytać to, co jest napisane. By uruchomić dziecięcą wyobraźnię i wspomóc rozwój intelektualny, ważne jest by maluch czuł się (adekwatnie do wieku) zaangażowany.

„Kot zeskoczył z płotu i wtedy nagle zza drzewa wybiegł pies”.

Widzisz kotka? A jak robi kotek? No i ten kotek właśnie zeskoczył na ziemię, kiedy zza drzewa, a gdzie jest drzewo? No właśnie tutaj. Kiedy zza drzewa wybiegł duży pies (pokazuję psa na obrazku). Jakiego jest koloru? Biały, tak biały! I ten biały, duży pies zaczął szybko biec za kotkiem.

Jest różnica? Jest. Drugi sposób wymaga zdecydowanie więcej kreatywności i samozaparcia, bo polega w znacznej mierze na animacji, a nie na suchym odtwarzaniu historii, która dla malucha może być czasem po prostu nudna.

Ile razy słyszałam, że dziecko nie lubi książek, bo go nudzą, bo nie potrafi usiedzieć spokojnie, bo go nie interesują. Może sam suchy, drętwy tekst nie, ale ciekawa opowieść już tak. Nie bez powodu dziecięce książki pełne są pięknych obrazków, wykorzystajmy je. Wskazujmy palcem na dom, na kwiaty, na kolor płaszczyka, wtedy ta rzekomo nudna dziewczynka stanie się blondwłosą królewną w zielonej sukience, która w swoim koszyku niesie czerwone jabłka. A wiesz jak smakuje jabłko? Jest słodkie, pycha! To właśnie ten sekret. Użyj mimiki, różnej tonacji głosu, nie jesteś robotem, prawda? Pokaż dziecku, że ta pozornie błaha i nieciekawa opowieść odkryje przed nim feerię dźwięków, zapachów, kolorów, emocji i nowych słów.

Zatem nie czytaj!

Opowiadaj.

Animuj.

Zadawaj pytania.

Zniż ton swojego glosu, prawie szeptaj, albo mów jak prawdziwy pirat.

Pytaj o kolory, proś o pokazanie zwierząt, kształtów, przedmiotów, ulubionych bohaterów.. I nawet jeżeli naprawdę nie chce ci się „animować” ani dyskutować (serio, rozumiem…) to chociaż zmień trochę tonację głosu, spraw, by ta historia ożyła, a nie była suchym tekstem bez serca. Gwarantuję, że dziecko, które jeszcze niedawno kręciło nosem na jakąkolwiek lekturę, a ponad książki wybierało lego, nagle zainteresuje się słowem pisanym zdecydowanie bardziej niż się spodziewasz.

Powodzenia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.