Mężczyzna z niebieskim plecakiem

W kościele dzieci jak zwykle dokazywały. Biegały, piszczały, próbowały dobrać się do czekoladowych jajek i baranków. W nosie miały upominanie rodziców, że trzeba być cicho, że nie wypada. Mój wzrok padł na jednego z mężczyzn kilka ławek przede mną, który stał spokojnie z niebieskim plecakiem na plecach. To co później zobaczyłam, głęboko mną wstrząsnęło…

W kościele dzieci jak zawsze dokazywały. Biegały, piszczały, próbowały dobrać się do czekoladowych jajek i baranków. W nosie miały upominanie rodziców, że trzeba być cicho, że nie wypada. Im chciało się biegać, śmiać i rozrabiać. Wszyscy z dumą trzymali swoje koszyczki, czekali na grubego księdza, udawali pokornych, zamyślonych albo wręcz przeciwnie uśmiechali się zniecierpliwieni i podekscytowani. I wtedy mój wzrok padł na jednego z mężczyzn kilka ławek przede mną, który stał spokojnie z niebieskim plecakiem na plecach.

Nie było w tym nic wielkiego. Mężczyzna miał na sobie dżinsową kurtkę, zwykłe czarne spodnie i adidasy. Lekko siwiejący, z kilkoma dodatkowymi kilogramami wokół pasa. Myślałam, że przed sobą ściska wielkanocny koszyk. Kiedy lekko się przekręcił, moim oczom ukazal się chłopczyk… Na oko w wieku mojej córki. W niebieskiej, ciasno naciągniętej na główce czapeczce. W polarze, dżinsach i tenisówkach z kolorowymi sznurówkami.

Z rurkami w nosku. Z rurkami przyklejonymi grubą taśmą do jego bladych policzków. Z rurkami, które biegły prosto do plecaka jego taty.

Tlen.

Zrobiło mi się słabo.

Momentalnie popatrzyłam na swoją córeczkę, która dokazywała, wyciągała bukszpan z koszyka, rzucała jajkiem niespodzianką i nie mogła zdecydować co ze sobą zrobić. A potem spojrzałam na chłopca. Wiotkiego, nieskoordynowanego, z oczkami, które błądziły bez celu, bezradnie wijącego się na rękach taty, ale niemogącego nigdzie iść. Wydawał z siebie głośne krzyki, desperacko próbował iść do dzieci, iść tam gdzie na środku kościelnego przejścia wszyscy się bawią.

Nie mógł.

Niechcący kopniakiem strącił koszyk, który leżał obok. Jajka, zajączki, kiełbasa rozsypały się pomiędzy ławkami. Ludzie rzucili się na pomoc, wprawiając mężczyznę w zakłopotanie, które ciężko mu było ukryć. Chłopczyk podekscytowany nagłym zamieszaniem zaczął krzyczeć jeszcze głośniej i wyrywać się. Małe, przeźroczyste rurki były dosyć długie, ale patrzyłam z troską czy nieopatrzny ruch dłoni nie wyrwie ich z małego noska. Chłopczyk uspokoił się tak szybko jak szybko dopadło go podekscytowanie i zdenerwowanie. Spoglądał nieobecny wzrokiem przed siebie, przewieszając się przez ramię taty.

Nie mogłam na niego patrzeć, ale i nie mogłam przestać na niego patrzeć. Pewnie żal i współczucie byłoby najgorszym co mogłabym mu okazać, ale to było jedyne co wobec niego czułam. Z jednej strony ogarniał mnie smutek i poczucie niesprawiedliwości świata, a z drugiej niewyobrażalna wdzięczność i radość, że… Że to nie mnie dotknęło, że moja córka jest zdrowa. Jakkolwiek egoistycznie i bezczelnie to zabrzmi to tak właśnie się czułam. Patrzyłam na swoje dziecko i czułam przejmujące szczęście, że to nie ja jestem tą, która musi chodzić z niebieskim plecaczkiem. Było mi niedobrze od tych wrednych, egoistycznych porównań i myśli, ale nie potrafiłam wtedy wykrzesać z siebie nic innego.

Zdrowe i prawidłowo rozwijające się dzieci są ogromnym darem, który w pełni możemy docenić dopiero wtedy kiedy skonfrontujemy go z tymi, którzy mieli mniej szczęścia. W biegu codziennego dnia nie przykładamy dużej wagi do tego, że nasze dziecko biega, je, oddycha, mówi, słyszy samodzielnie, że nie jesteśmy więźniami maszyn, leków i szpitali. Kiedy na naszej drodze staje ktoś kto z jakiś powodów nie może cieszyć się życiem z taką swobodą i radością jak my, dochodzi do nas jak wielkie mieliśmy szczęście. Zdrowie jest ogromnym darem – dbajmy o nie, doceniajmy, cieszmy się nim.

Każdy dzien to powód do radości, każdy śmiech twojego dziecka to powód do wdzięczności. Każdy rozlany obiad, rozbite kolano, dziura w spodniach, porysowane kredkami ściany to znak, że mamy zdrowe dziecko…

Jedna myśl na temat “Mężczyzna z niebieskim plecakiem”

  1. Jestem mama dwoch dziewczynek starsza 2 lata nigdy nie chorowała wszedzie jej było pełno zawsze wszedzie z nia jeździliśmy na imprezy na wszelkiego rodzaju wyjazdy zawsze razem, młodsza obecnie skończyła 7 tyg gdy dzień przed skończeniem 3 tyg wyładowała w szpitalu gdzie z minuty na minutę było gorzej gdzie traciła oddech by za chwile znów go złapać gdzie była reanimowana kiedy widziałam jej wiotkie ciało cos we mnie umarło… i ten wzrok tych wszystkich rodziców na innych salach którzy sie patrzyli jak na jakis film patrzyli jak moje dziecko walczy o życie byłam na nich wściekła ze powinni sie zając swoimi dziećmi przytulić je.,.kiedy stałam na korytarzu nerwowo wyglądając karetki która miała ja przewieźć do kliniki intensywnej terapi podeszła do mnie jedna z mam na rekach miała swoje kilkumiesięczne dziecko nic nie powiedziała chwyciła mnie tylko za renke i pokiwala głowa widac było że gardło ma ściśnięte a w oczach łzy, podeszła tez do mojego męża… kolejny raz nie wytrzymałam rozpłakałam sie jak dziecko… moje dziecko żyje i to jest najwazniejsze a ja bede powtarzać to codziennie kochajcie i przytulajcie swoje dzieci…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.