Matka wege, a dziecko je kotlety

Jeśli moje dziecko chce kotlety to dostaje kotlety. Moje przekonania nie są przekonaniami mojego dziecka i kiedy nastąpi w jego życiu przełom, że świadomie zdecyduje się stanąć po którejkolwiek stronie, będę miała pewność, że dokonało tego wyboru w zgodzie z sobą, a nie dlatego, że ja mu kazałam.

Wiele razy słyszałam tekst w stylu “gdyby rzeźnie miały szklane ściany, większość z nas byłaby wegetarianami” i sama wielokrotnie go powtarzałam, nie dlatego, że jest tak dobitny, że bardziej chyba nie można, ale dlatego, że uważam, że jest prawdziwy. Wynika to chyba z faktu, że świadomość ludzi dotycząca tego, skąd bierze się mięso jest niska i poniekąd zafałszowana. Czasem jest to objaw celowego wyciszania niewygodnej prawdy i po prostu chęci lekkiego życia w wyimaginowanym świecie, gdzie stek to po prostu kawałek mięsa położony na tacce i owinięty folią z naklejką supermarketu, a nie część jeszcze do niedawna żywej istoty. A czasem może zwykłej ignorancji.

Uwaga – ten tekst nie będzie o nawracaniu czy przekonywaniu kogokolwiek, że powinni przejść na wegetarianizm, więc spokojnie. Ja nie z tych…

Jestem wegetarianką od ponad 13 lat i dobrze mi z tym. Nie było momentów żalu bądź kwestionowania słuszności tej decyzji. Nie było również chwil, kiedy po kryjomu, trochę zażenowana wcinałam kawałek boczku, bo akurat naszła mnie taka ochota. Ani w pierwszej, ani w drugiej ciąży również mi się nic nie odmieniło i nie nachodziła mnie chętka na kotlety. 

Pytanie, które często mi zadajecie w wiadomościach – czy nasza córka jest wegetarianką (syn jeszcze za mały na takie dylematy, ale podejście będzie identyczne)? Nie jest. Czy zatem nie uważam, że to hipokryzja, bo ja nie jem mięsa, a dziecku pozwalam? Nie, nie uważam. 

Bycie wegetarinem powinno być indywidualnym i dobrowolnym wyborem. Nie chodzi bowiem o to, że sobie z żalem i ciężkim sercem odmawiamy parówek, bo tak naprawdę chętnie byśmy je wpałaszowali. Ale o to, że zmieniamy swój światopogląd i myślenie. A do tego musimy wykazać się pewną dojrzałością psychiczną, świadomością konsekwencji oraz przekonaniem, że taki styl odżywiania nam po prostu odpowiada. 

Jestem zdania, że narzucanie dziecku jakiejkolwiek diety, a później wręcz przymuszanie go do jej trzymania, a co gorsza wzbudzanie poczucia winy, jeśli zdecyduje się na coś odmiennego – jest po prostu bardzo nie fair. Bo tak hipotetycznie może dziecko będzie wyrastało w przekonaniu, że coś go omija, że czegoś mu brakuje, że nie czuje się spełnione i szczęśliwe, szczególnie, kiedy wyjdzie poza okres niemowlęctwa i zacznie bardziej rozumieć świat i swoich rówieśników, a jakie będzie rozczarowanie rodziców, gdy jako nastolatek jednak stwierdzi, że cholernie uwielbia soczyste steki i cała ideologia wegetarianizmu w ogóle do niego nie przemawia. 

„Czym skorupka za młody nasiąknie…” – teoria według której dziecko od małego będące na przykład weganinem, nie będzie znało nic innego więc po prostu nie będzie mu szkoda, ale czy jednocześnie nie można tego odnieść do zapisywania dziecka na zajęcia z tenisa (bo my strasznie kochamy tenis i uważamy, że to taki rewelacyjny sport), albo na zajęcia dodatkowe z włoskiego (bo zawsze chcieliśmy się nauczyć), albo z pianina, albo czytanie przez minimum godzinę dziennie (bo my kochamy książki)? Pewnie tak. Tylko czy nie lepiej sugerować i proponować niż narzucać (a czasem wręcz zmuszać)? Pozwolić na wybór, a nie ubezwłasnowolnić pod dyktando własnych ideologii i zachcianek? Mam wrażenie, że często (także nieświadomie) chcemy dzieci uszczęśliwić na siłę, wcisnąć im coś, co my sami uważamy za takie fantastyczne. A co jeżeli dziecko jest artystycznym duchem, a my uporczywie zapisujemy je na zajęcia „Mały naukowiec” – albo odwrotnie? 

Prostym przykładem z naszego życia był balet. Zapisałam córkę, bo piosenki, tańce i rekwizyty ją zainteresowały. Miała wtedy 18 miesięcy. Uczęszczała przez prawie rok, raz w tygodniu. I pewnie mogłaby chodzić dalej…  Ale zauważyłam moment w którym zainteresowanie, zaangażowanie i uwaga zaczęły z tygodnia na tydzień spadać na łeb, na szyję. Nie chciała już być słodką baleriną. I jasne, że mogłabym dalej płacić za kolejne zajęcia, uszczęśliwiać ją na siłę, ale nie chciałam, bo to po prostu byłoby nie fair i w pewnym momencie stało się męką dla niej i dla nas również. 

Podobnie z wegetarianizmem. Jeżeli chce parówki to dostaje parówki, jeżeli w czasie obiadu jedynym, co zostawi na talerzu jest pierś z kurczaka to też ok. Nie ma tak, że musi bez gadania zjeść kotleta ani nie ma tak, że chowam przed nią szynkę. 

Nie jestem hipokrytką, najzwyczajniej uważam, że moje przekonania nie są jej przekonaniami i kiedy nastąpi w jej życiu przełom, że świadomie zdecyduje się stanąć po którejkolwiek stronie, będę miała pewność, że dokonała tego wyboru w zgodzie z sobą, a nie dlatego, że ja jej kazałam. 

Nie popieram propogowania wśród dzieci opowieści rodem z krypty o tym jak zły jest przemysł mięsny. Nie popieram straszenia, a tym bardziej pokazywania drastycznych filmików. Ale w drugą stronę nie popieram również przyzwalania na brak szacunku do zwierząt – na polowania, na ignorowanie faktu, że zwierzęta mają uczucia, na dziwne rozgraniczenia, że piesek jest ok, ale krowa już ble i można traktować ją jak rzecz. Nie popieram też ukrywania prawdy, że udko na tacce to tylko udko, że nie należało do zwierzęcia, tylko (co też słyszałam!) wyrosło w ogrodzie. 

Wszędzie zachowany winien być umiar. I tyle!

Moja była przełożona opowiedziała mi swoją historię – pewnego dnia, mając dziewięć lat (!) oznajmiła swoim rodzicom, że nie będzie więcej jadła mięsa. A oni uszanowali jej decyzję (brawo!). Kiedy z nią rozmawiałam, była już wegetarianką z 25-letnim stażem. Można? Można. 

Dajmy dzieciom świadomie wybierać – czy to sport, czy dieta, czy to kim chcą być. Nie ma nic gorszego niż pętanie artystycznej duszy w okowy tabelek, wykresów i targetów. Nie ma nic gorszego niż narzucania dziecku diety, która ma tak naprawdę uszczęśliwić nas (bo jak to matka wege, a dziecko szama kiełbasę?!). 

Mądre rodzicielstwo to również umiejetność, by czasem sobie odpuścić. Bycie świadomym, że dziecko to istota złożona z myśli, uczuć, preferencji i prawa wyboru. Mądre rodzicielstwo to umiejetność adaptacji, zmiany planów i uszanowania tego, co mały człowieczek ma nam do powiedzenia – bo jeśli non stop zapisujemy dziecko na basen, a ono przychodzi stamtąd jedynie ze skwaszoną miną to znak, że coś jest nie tak, bo jeśli dziecko czuje się gorsze i smutne, bo na wycieczce klasowej jako jedyne zamiast kawałka ciasta czy kiełbaski z grilla, dostaje wegański substytut to nie wiem czy do końca to taki powód do dumy. 

Słuchajmy swoich dzieci zamiast spełniać swoje ambicje.

 

Podobne wpisy

7 (irytujących) typów rodziców na wakacjach Bez znaczenia gdzie jedziesz, kiedy, na jak długo, czym, z kim i w jakim celu. Bez znaczenia czy kupujesz luksusowe al-in-klu-sif czy wakacje w 3 - ...
Fotograf na porodówce Odkąd kilka miesięcy temu troszkę poważniej zainteresowałam się fotografią, zaczęłam obserwować sporo rozmaitych profili o tej tematyce. Podpatru...
Prosty poradnik jak upokorzyć kobietę na porodówce... Nie pracuję w szpitalu. Nie pracuję dla służby zdrowia. Nie mam w rodzinie czy wśród znajomych położnych i ginekologów, a jednak liczba zasłyszanych...
Jak pies z dzieckiem, czyli kilka słów o bezpiecze... Dostaję od was sporo wiadomości z pytaniami jak ogarnąć temat dziecka i psa. Uściślijmy coś zanim zacznę. Nie jestem specjalistką, zawsze to powtarz...

Dodaj komentarz