Kiedy w Londynie pada śnieg

Kiedy biały puch bajkowo sypie się z nieba, wszelkie dozy zdrowego rozsądku w Londynie – mieście lansu, kasy i mody nagle ulatniają się, a zastępuje je zbiorowa panika, brak organizacji i głupota.

W całym swoim dostojeństwie Anglia sromotnie polega w jednej kwestii. W kwestii radzenia sobie z opadami śniegu. I będzie to tekst prześmiewczy, bo zachowanie Anglików w tej kwestii jest wprost prześmieszne (pomimo, że nikt, kto tego nie zobaczył na własne oczy to nie uwierzy…). 

Niby śnieg w Europie to przecież żadne takie wielkie wydarzenie, a szczególnie już w krajach położonych bardziej w północnej aniżeli południowej części kontynentu. A jednak okazuje się, że biały puch potrafi wprowadzić większy chaos niż nam się wydaje.

Anglicy mają na punkcie pogody prawdziwą obsesję, o czym już właściwie kiedyś pisałam tutaj, i gadanie o aurze jest na stałe wpisane w każdą konwersację. Wymiar tego szału pogodowego zmienia się diametralnie jeżeli tylko w transmitowanej czy wyświetlonej na ekranie smartfona prognozie pojawią się gdziekolwiek białe płatki. Złowrogie białe płatki…. A wtedy wszystko inne przestaje się liczyć. Wirtualny płatek zamienia się w przerażającego potwora i właściwie o niczym innym nie dyskutuje się w sąsiedztwie tylko o tym, że… spadnie śnieg!

Londyn i jego okolice cierpią zwykle bardziej niż wszystkie inne części kraju i to właściwie nie z powodu większych opadów, ale z większego poziomu niezaradności. Kiedy biały puch bajkowo sypie się z nieba, wszelkie dozy zdrowego rozsądku w mieście lansu, kasy i mody nagle ulatniają się, a zastępuje je zbiorowa panika, brak organizacji i głupota.

Pierwsze płatki śniegu wprowadzają pociągi w stan odrętwienia. Szyny nagle stają się nieprzejezdne, stacje zamierają w bezruchu, ludzie tłoczą się i gniotą w niemym przerażeniu, że dziś nie uda im się wrócić do domu. Biura przeprowadzają zbiorową ewakuację pracowników, wysyłają dziesiątki pełnych niepokoju emaili, przygotowują informacje dla klientów, którzy nadal przecież będą chcieli swoje zwroty, papiery, przelewy: „Dziś zamykamy o trzeciej, bo śnieg po prostu nie przestaje lecieć z nieba, mamy stan alarmowy” i amen. Zabieramy torebki Korsa, białe trampki i pakowane lunche i uciekamy w popłochu do domu, sunąc ulicami wśród rozgorączkowanych ludzi. Tłum cyka fotki, dodaje relacje na insta, uaktualnia statusy na fejsie „pada śnieg” i właściwie nawet jeżeli opad śniegu cię nie rusza to ruszy cię z pewnością ta bezsensowna gorączka, ekscytacja i panika.

Na drogach wcale nie jest łatwiej. Brak opon zimowych to jedno, ale brak logiki czy umiejętności to zupełnie inna sprawa. Najdelikatniejsza warstwa białego puchu na drogach wywołuje w kierowcach dziwny zanik znajomości podstawowych zasad poruszania po drogach. Prędkość spada o jakieś 99%, ilość nielogicznych i absurdalnych manewrów wzrasta o jakieś 200%. Samochody smętnie turlają się po drodze, kierowcy przysuwają swoje siedzenia bliżej kierownicy, by mieć wszystko pod kontrolą. Wielbiciele BMW przeklinają swoją ukochaną markę za durnowaty tylny napęd, który kontroluje się zdecydowanie trudniej.

A w przypadku nieco cięższych opadów (mówimy tutaj o 2 – 5 cm) samochody najzwyczajniej w świecie są porzucane na poboczu zaś pokonani kierowcy w swoich cienkich ciżemkach brną do domów, szlochając lub przeklinając pod nosem. A propo ubioru – tutaj właściwie nie ma czegoś takiego jak „zimowe ciuchy”. Są ubrania i buty na lato, i na deszcz. Znam dziewczyny, które cały rok chodzą w tych samych balerinach. I właśnie takie zawodniczki najśmieszniej wyglądają, brodząc w zimnej, brązowo – białej papce śniegowej, ściskając swoje telefony i chroniąc wymalowane brwi przed roztopieniem, a wyprostwane włosy przed tak niemodnym napuszeniem.

Wiadomości nie transmitują niczego innego. Śnieg, śnieg, śnieg… Wokoło słychać przerażone głosy „żółty alarm zagrożenia pogodowego” – myśle, że racjonalnie rzecz biorąc, w innych krajach taki alarm mógłby się pojawić pewnie przy około metrze śniegu. Media podsycają zbiorową panikę, wysyłają ludzi do sklepów, by zrobili zapasy. Ze sklepowych półek w zastraszającym tempie znikają makarony, puszki i papier toaletowy. Nie, to nie wojna, to jednorazowy opad śniegu.

Ludzie barykadują się w domach, włączają telewizję i dają pochłonąć obawom i czarnowidztwu. Szkoły zamykają swoje podwoje, nigdzie nie można sie dodzwonić, a pomoc drogowa odmawia ratowania wpakowanych w (mini) zaspy samochodów.

Taki chaos trwa zwykle jeden, dwa, góra trzy dni. Na dzień czwarty pojawia się słońce i temparatura gwałtownie wzrasta do plus dziesięciu. Po śniegu zostają zdjęcia na fejsie. Panika momentalnie ustępuje. Wszystko wraca do normy…

Aż do następnych wiadomości pogodowych, gdzie na wirtualnej mapce pojawi się zagubiony płatek śniegu…

Podobne wpisy

I co z tą pigułką? Debata, lanie kwasu i wielkie kłótnie nigdy się nie skończą. Co najbardziej uderza po umyśle logicznie myślącego człowieka to fakt, że pigułka „dzie...
Handel na fejsie, czyli mama sprzedaje, kupuje, os... Coraz bardziej się przekonuję, że trzeba zawijać manatki i uciekać z wszelakich matczynych grup na facebooku, których celem jest sprzedaż, kupno i w...
Poznaj niezawodny sposób, aby przestać narzekać Czasem słyszę, że tanim banałem jest stwierdzenie, że każdy dzień to powód do wdzięczności. Bo niby za co dziękować i czym się cieszyć każdego, jedn...
Moich 7 małych zboczeń Na blogu u Malviny Pe pojawił się tekst o małych zboczeniach. Takich fanaberiach i dziwactwach, które większe bądź mniejsze, naprawdę odjechane i ta...

Dodaj komentarz