I co z tym Brexitem?

Kiedy wyniki referendum zostały podane do wiadomości publicznej, wielu emigrantów poczuło jakby ktoś wymierzył im siarczysty policzek. Wtedy też zaczęła się idiotyczna, prymitywna i zupełnie niepotrzebna nagonka w stylu „wracajcie do siebie”, „nie chcemy was”, „to już niedługo i wszyscy będziecie musieli stąd wyjechać”.

Unia Europejska to dla mnie taki dziwny, sztuczny twór, coś jakby na kształt skautów, klubu szachowego albo fanklubu Biebera. Struktura stworzona z konkretnych pobudek, na konkretne potrzeby i w której obowiązują konkretne zasady. Zatem mocno uogólniając to takie polityczne „nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”, mamy trzymać się razem, o wszystkim dyskutować i podejmować wspólne, przemyślane decyzje jak stare, dobre małżeństwo. Abstrahując jak idiotycznie to w tej chwili brzmi, nie ma co ukrywać, że UE to właśnie klub państw, które zdecydowały, że stworzą wspólnotę, następnie spiszą zasady życia w takiej wspólnocie, potencjalne scenariusze w razie wu i tego jak się dzielić mamoną.

Niestety jak to w każdym klubie bywa, z doświadczenia wiemy, że są równi i równiejsi, tacy którym wspólne zasady się niezbyt podobają, są tacy, którzy chcą więcej a dają mało, są tacy bardzo leniwi, są ci bardzo ambitni i dlatego siłą rzeczy wszystkim dogodzić się nie da. Kropka. I niestety jeśli mówimy o unii państw, te problemy eskalują na naprawdę potężną skalę, bo chodzi przecież o miliardy euro, o podatki, o umowy gospodarcze, o aspekty społeczne, o emigrację, o inne skomplikowane struktury, które „mądre głowy” próbują wcisnąć w paragrafy, podpunkty i podpunkty podpunktów, a wszystko, by sprawić, żeby było tak banalnie prosto jak wypadku klubu skautów. No niestety tak nie jest… Uogólniam i symplifikuję, wiem. Z przekory i z ironią, bo Brexit właśnie na to zasługuje. 

UK się wkurzyło. Taki klubowicz, który doszedł do wniosku, że ma już po dziurki w nosie zasad ustalanych przez kogoś innego, płacenia na coś co niekoniecznie mu się podobało, poczucia wykorzystania, bycia trybikiem wielkiej maszyny i przyjmowania setek tysięcy przybyszy z innych krajów europejskich, którzy w UK widzieli kraj mlekiem i miodem płynący. 

I co się okazało, kiedy w 2016 roku na tapetę wyskoczyło referendum pod tytułem „Ludzie, czy chcecie zostać w Unii Europejskiej?”, głównym tematem przewodnim, w mojej opinii, było jedno hasło: „emigranci”. Nic poza tym… Bo rodowici byli wkurzeni. Czuli, że nieustannie muszą iść na kompromis i być przychylni wielkiej, wręcz niekończącej się fali emigracji. Takie magiczne i złowieszcze hasło, które rozpalało społeczeństwo równie dobrze jak czerwona płachta rozpala byka. Wołali: „nienawidzimy emigrantów, nie chcemy Polaków, nie chcemy Litwinów, nie chcemy przybyszów z innych krajów, bo zabierają nam prace, bo zabierają nam mieszkania, bo zabierają nam zasiłki, bo mnożą się na potęgę, bo otwierają polskie sklepy, bo otwierają polskie szkoły i ogólnie więcej z nimi kłopotu niż z nich pożytku”. I taki właśnie w moim odczuciu był temat numer jeden. 

Anglia dla Anglików! 

Praca dla Anglików!

Domy dla Anglików! 

Zasiłki dla Anglików!

A jeżeli chcesz mieszkać, żyć i pracować w naszym pięknym, bogatym, ociekającym szczęściem państwie, musisz wykazać się niebywałą wiedzą, umiejętnościami i musisz ogólnie mieć Level zajebistości + 100. Mam wrażenie, że dzięki takim głupim, krzywdzącym, stricte populistycznym hasłom wynik referendum był taki a nie inny: 51.9% krzyczał ochoczo „wychodzimy z UE, chcemy znów być mocarstwem, chcemy być samodzielni”, podczas gdy 48.1% stwierdziło albo „wisi mi to”, albo „UE wcale nie jest taka zła”. 

I nadszedł BREXIT!

Nietrudno się domyślić, że kiedy wyniki referendum zostały podane do wiadomości publicznej, wielu emigrantów poczuło jakby ktoś wymierzył im cios prosto w twarz. Wtedy też zaczęła się idiotyczna, prymitywna i zupełnie niepotrzebna nagonka w stylu „wracajcie do siebie”, „nie chcemy was”, „to już niedługo i wszyscy będziecie musieli stąd wyjechać”. Nie dziwi więc, że osoby (na przykład takie jak ja), które mieszkają w Anglii grubo ponad 10 lat, mają legalną pracę, własny biznes, rodziny, domy, normalne życie poczuli się co najmniej okropnie.  Poczuli, że ich wkład w gospodarkę tego kraju, płacenie podatków, aspekt społeczny i socjalny nie są doceniane i że wszystko na co ciężko pracowali przez ostatnie lata, wszystkie VATy sraty, które zapłacili i wszystkie biznesy, które prowadzą po prostu są nic niewarte. 

Taki klimat i atmosfera niechęci trwały dość długi czas i emigranci czuli się niepewnie, niektórzy wręcz zaszczuci. Niejednokrotnie słyszałam dramatyczne historie o prześladowanych i napastowanych Polakach, którym naklejano na drzwiach kartki „wynocha”. 

Im bliżej tego nieszczęsnego opuszczenia UE, tym bardziej na jaw wychodziły zupełnie inne niż emigracja problemy społeczne i gospodarcze. Nagle okazało się, że w tym całym zamieszaniu nie chodzi tylko o emigrantów, nie chodzi o to, że Polacy rzekomo zabierają prace, że zasiedlają domy, które należą się Anglikom. Pojawiły się naprawdę poważne problemy – import, eksport, podatki, VAT, cła, wizy, paszporty, roaming i (cóż za zaskoczenie!) Brexit, który zamiast zająć się tymi znienawidzonymi emigrantami, nagle bezpardonowo zaczął uderzać w życie przeciętnego Johna Smitha. Potencjalne problemy w wypadku opuszczenia UE bombardują z każdej strony – kupno pięknego, nowego BMW może okazać się dużo bardziej kosztowne niż dotychczas, wzrost cen żywności i już wcale nie jest tak kolorowo. Dogadanie się w tych kwestiach – jak widać – jest żmudne, frustrujące i jak narazie prowadzi do nikąd. Kiedyś Anglia może i była mocarstwem, teraz chyba już nie bardzo, bo tak naprawdę nikt nie chce jej ustąpić i nie chce przystać na jej zasady wyjścia z UE.

Kubeł zimnej wody na głowę. 

Stąd uważam, że gdyby teraz właśnie ponownie przeprowadzono referendum, wynik byłby zupełnie inny. Bo teraz społeczeństwo jest bardziej świadome czym śmierdzi i czym tak naprawdę jest Brexit. I że wcale nie chodzi o emigrantów, ale o znacznie większy i bardziej skomplikowany aspekt społeczny i gospodarczy, który uderzy po tyłku przeciętnego mieszkańca. l wtedy może przeciętny mieszkaniec zastanowiłby się dwa razy czy UE to faktycznie takie zło i czy warto zakreślać na kartce, że woli być „out” niż „in”. 

PS. Polityka jest brudna i parszywa. Jeżeli ktoś chce dokładnie zgłębić wszystkie aspekty tego fenomenu na skalę światową jakim jest Brexit to polecam bardziej fachową lekturę, ponieważ dla mnie chyba przyjemniejszym byłoby babranie się w ścierwie lisa w parku niż zgłębianie w stricte polityczne niuanse. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.