Fotograf na porodówce

Fotografia porodowa to niezbyt popularna (jeszcze?) gałąź fotografii. Podpatruję, bo na tych zdjęciach można poznać naprawdę przemyślne metody kadrowania czy gry światła. Ale pomimo, że zdjęcia kipiały od emocji, były właściwie bardzo gustowne, trudno było dopatrzyć się jakiejkolwiek wulgarności czy ordynarności to jednak pewna tendencja mnie cholernie frustrowała.

Odkąd kilka miesięcy temu troszkę poważniej zainteresowałam się fotografią, zaczęłam obserwować sporo rozmaitych profili o tej tematyce. Podpatruję tych fotografujących noworodki, tych od ślubów, od koni, psów, od reportażu, tych, którzy aż za dużo używają Photoshopa i tych, którzy stawiają na naturalność, tych, którzy aranżują sesje w stylu retro, aż w końcu nawet tych, którzy fotografują porody…

To niezbyt popularna (jeszcze?) gałąź fotografii. Podpatruję, bo na tych zdjęciach można poznać naprawdę przemyślne metody kadrowania czy gry światła. Słowem wstępu – o ile warsztat tych kobiet jest niesamowity, to jestem ogromnie ambiwalentna co do samego aktu włażenia z aparatem na porodówkę i cykania fotek wagin, wydzielin oraz właściwie w pewien sposób zakłócania tego niezwykle intymnego momentu. Ale wiadomo – matki i ich mężowie godzą się na taki proces, sami zamawiają panią fotograf i nierzadko podpisują zgodę na publikację w sieci. Nie oceniam. 

Wkurzyło mnie natomiast coś zupełnie innego… Coś co sprawiło, że po głębszym zastanowieniu po prostu przestałam obserwować pewne profile. I pomimo, że zdjęcia tam prezentowane kipiały od emocji, były właściwie bardzo gustowne, trudno było dopatrzyć się jakiejkolwiek wulgarności czy ordynarności oraz technicznie były więcej niż wspaniałe to jednak pewna tendencja mnie cholernie frustrowała. 

Wkurzyła mnie drażniąca celebracja porodów naturalnych. Hołdowanie tym, które rodziły w domu, w wannie, na sofie, tym, które (co bardzo często przewijało się w opisie tych zdjęć) „wracały do korzeni”. Zachowywały się jak samice kilkanaście pokoleń wstecz, zasapane, całkowicie poddane instynktowi, przyjmujące każdy skurcz z niemalże uniesieniem, takie, które same łapały wysuwające się z ich łon dziecko. Wkurzała mnie celebracja tych porodów bez kroplówek, maszyn, znieczuleń, nawet bez lekarza. Porody, gdzie cała rodzina niczym w transie poddawała się procesowi, gdzie kobieta stawała się pramatką, wręcz boginią, gdzie cały świat leżał u jej stop. I nie chciałabym być źle zrozumiana – podziwiam je za siłę. Za to, że miały tyle determinacja, zaufania i wiary we własne możliwości. I podkreślam – te porody są piękne. Nic im nie chce ująć. 

Niestety 9 na 10 porodów fotografowanych przez te osoby była właśnie taka. Wielka, dramatycznie naturalna, pełna celebracji bólu. Zabraklo mi jednego… Zabrakło mi… odniesienia do rzeczywistości po prostu! Autentyzmu. Bycia przekonywującym. 

Bo ile z was rodziło w domu? 

Ile z was miało poród w wodzie? 

Ile z was miało poród bez lekarza?

Ile z was mogło w 100% wsłuchać się w swoje ciało, ile z was nie było otoczonych przez maszyny? 

Ile z was miało znieczulenie? 

Ile z was miało cesarkę? 

Ile z was doświadczyło porodu kleszczowego? Próżnociągu? 

Dokładnie… Nie chce debatować o słuszności ingerencji medycznych, ale wychodzę z założenia, że jeżeli dla bezpieczeństwa mam opcję rodzić w szpitalu lub przy asyście doktora to byłoby niemądrym z tego rezygnować. Tak, wiem… Kobiety przez wieki tak robiły, bez skomplikowanej technologii i leków i jakoś ludzkość przeżyła (chociaż kwestia śmiertelności dzieci i matek to inne zagadnienie). Teraz jednak możliwości są nieograniczone i jeżeli ryzyko można obniżyć to czemu tego nie robić? W imię czego? Szczególnie, że wiek rodzących idzie w górę, a z tym też wzrasta niestety możliwość wystąpienia komplikacji. 

A te profile fotografów pełne są epatowania naturalnością. Kobiety kontrolują swoje oddechy przez trzydzieści godzin. Odmawiają cesarek. Rodzą dzieci w ułożeniu pośladkowym. Godzinami leżą z mężem w wannie i przeżywają skurcze, wręcz medytują. Rodzą prawie same, zdane na pierwotne instynkty. Odmawiają jakichkolwiek ingerencji, z uniesieniem leżą w porodowej krwi, pozwalają swoim starszym dzieciom wchodzić do basenów w których rodzą (tak… to też). I jak mówię – twój cyrk, twoje małpy. Odchylenia w jakąkolwiek stronę nie są dobre i aplikowanie tych wszystkich epidurali i okscytocyny należy kontrolować, ale nie oszukujmy się czasy się zmieniły i kobiety nie muszą rodzić na polu, w asyście wiejskiej akuszerki. 

Niektóre kobiety jednak wybierają jednak właśnie tako poród… A ci fotografowie z uniesieniem cykają fotki takich matek. Jedno zdjęcie na dziesięć, dwanaście to takie gdzie kobieta miała cesarkę albo potrzebowała ingerencji lekarza. Ale takie zdjęcia przechodziły bez echa. Bo brakowało w nich tego pierwiastka sponiewierania i pełnej akceptacji tego, co przygotowała Matka Natura.

Wkurzyło mnie, że poprzez wystawianie na piedestał takich narodzin, stawia się inne kobiety (właściwie to większość kobiet) w mniej korzystnym świetle – bo gdyby na przykład w przypadku moich obydwu porodów na sali był fotograf (abstrahując, że jest to coś na co nigdy bym się nie zgodziła), historia narodzin moich dzieci byłaby w nikłym dolnym przedziale zainteresowania, pewnie przeszłaby bez echa, a fotograf znudziły się takim „leniwym i łatwym” porodem. Bo pierwszy poród zakończył się cesarką (a przecież to w ogóle nie wpisuje się już w kanony fotografii porodowej), a podczas drugiego daleko mi było od kobiety, która pokłada pełną wiarę w swoje ciało, wraca do korzeni, słucha swojego wewnętrznego głosu, znajduje w sobie siłę i z każdym oddechem celebruje swoją kobiecość, jest dumna, jest niezłomna, poddaje się instynktowi. Nie… Byłabym raczej przeciętną babką, która desperacko chciała znieczulenie, a później sapała, stękała i darła się wniebogłosy. Więc i ten byłby mało popisowy, niemodny, leniwy, bez szału, taki jakim nie ma co się chwalić. 

I chociaż doskonale rozumiem, że to jest po prostu taki styl fotografii, czyjś wybór tematu i sposobu jego prezentacji to chciałabym widzieć, że historia porodu Kowalskiej, która dostała epidural i cały poród leżała na wznak, krzycząc, że nienawidzi męża albo Nowakowej, która miał cesarkę jest równie wartościowa, warta uwagi, warta oklasków i uznania. Wszystkie matki jesteśmy wielkie, bez znaczenia jak wydaliśmy na świat nasze dzieci. Poród to wielkie, intymne przeżycie o ogromnym potencjale emocjonalnym. Bez znaczenia czy dostałaś znieczulenie, czy poprosiłaś o cesarkę – jesteś silna, wykonałaś swoje zadanie, dałaś radę. Szkoda, że w tym zyskującym na popularności trendzie gloryfikuje się jedynie jedną stronę medalu, zostawiając spory odsetek kobiet w szarym końcu ignorancji i obojętności. 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.