Dziwne fakty o mnie, część druga…

Żeby nie było, że ja taka idealna, na dodatek mieszkająca na emigracji więc codziennie doświadczająca deszczu złota. Rozczaruję zatem, bo dziwne fakty o mnie nie będą narzekaniem, że mój szofer czasem lubi sobie białą rękawiczką pogrzebać w nosie, a wybieranie między jedną a drugą torebką Hermesa przyprawia mnie o ból głowy.

Żeby nie było, że ja taka idealna, na dodatek mieszkająca na emigracji więc codziennie doświadczająca deszczu banknotów pięćdziesięciofuntowych. Rozczaruję zatem, bo dziwne fakty o mnie nie będą narzekaniem, że mój szofer czasem lubi sobie białą rękawiczką pogrzebać w nosie, a wybieranie między jedną a drugą torebką Hermesa przyprawia mnie o ból głowy. Serio.

Wiem, że ludzie uwielbiają czytać o niedoskonałościach i mankamentach innych (sama też lubię!), czasem dla śmiechu, czasem dla upewnienia się, że ta osoba po drugiej stronie monitora jest z krwi i kości i czasem też ma kaca, pryszcza na samym czubku nosa i totalna załamkę, a czasem, żeby sobie podnieść samoocenę i powiedzieć do lustra, że ja to takich problemów nie mam i jestem ze wszech miar lepsza i fajniejsza. I serio nie ma w tym nic złego.

Jestem Anna z Tarnowa, cześć, poznajmy się bliżej. 

Śpiewam w samochodzie. Głośno i bezwstydnie. Rapuję, drę się jak rockstar, beatboxuje, nawet wysokim A potrafię. Beyonce i Metallica mogą się schować. Jedyny problem jest taki, że… nie potrafię śpiewać, dlatego zawsze się upewniam, że jestem w pojeździe sama, żeby nawet mojej dwulatki nie torturować swoim wyciem. Bycie piosenkarką to moje wielkie, niespełnione marzenie. Myślę, że za jakiś czas jak już wszyscy „artyści” będą śpiewać z playbacku to będę mieć szansę się wybić.

Nie zjem brokułów i kalafiora. Przynajmniej kiedy są w swojej normalnej formie. Pogniecione, zblendowane, zmiksowane ze śmietaną, gładziutkie w sosie czy zupie mniej mi przeszkadzają, ale myśl o przeżuciu tych okropnych, chrupiących szypułek napawa mnie nie tyle nawet obrzydzeniem, co wprost wywołuje odruch wymiotny. Jest coś w ich teksturze, tym jak ich kawałki układają się między zębami a językiem, fuj, to jest wyjątkowo odrażające.

Zawsze ponad Bridget Jones wybiorę Transformersy. Matko, jak ja nie cierpię romansideł i tych schematycznych, stereotypowych filmów dla kobiet, tak przewidywalnych, że po pierwszych 10 minutach mogłabym dokładnie opowiedzieć co się wydarzy, kto kogo i dlaczego. Kto marnuje pieniądze i czas na produkcje takich gniotów? A jeszcze lepiej – kto to w ogóle daje do kin, marnuje płyty dvd i wrzuca na sklepowe półki? Przecież taka cukierkowa fantasmagoria powinna być zakazana. I szkoda też, że zakłada się z miejca, że taka papka jest świetna własnie dla kobiet i że one lubią takie kity. Serio… Wolę już efekty specjalne, latające samochody i gadające smoki, bo tam przynajmniej jest więcej akcji, a mniej rozkmin i płaczu.

Klnę jak szewc. Podobno ludzie inteligentni klną więcej (dam dam daam!). I na tym zakończmy.

Nie lubię kupować używanych książek. Nawet jak były raz czytane, idealne, niepogniecione i śliczne jak z księgarni. Po prostu nie lubię. Bo nie wiem gdzie leżały, kto na nie sapał, kto je macał, kto nad nimi jadł, gdzie przechowywał. Pewnie, w księgarni też je mnóstwo ludzi dotyka, przekłada, pełne kurzu i zarazków, ale jednak ten zapach, ten szelest stron, ta świeżość i kruchość papieru, nieskazitelność okładki, biel. Cud! Mam obsesję, że ktoś kichnął nad moją książką, że ktoś dotknął łapą, której nie umył po wizycie w kiblu, myśl o tym sprawia, że obchodzę się z taką książką jak ze zgnitym jajem a moja przyjemność z czytania jakoś tak się zmniejsza.

Jestem beznadziejnym nerwusem i cholerykiem. Oaza spokoju, skrajna introwertyczka, a za chwilę bum! Diabeł wcielony, furia, wulkan, makabra, talerze latają, podniesiony głos i czerwone lico.

Rozmowa przez telefon napawa mnie strachem. Przed wybraniem numeru, a szczególnie do obcego, do kogoś do kogo dzwonię bardzo rzadko, do szefa, na jakąś infolinię, do banku serce mi łomocze, zastanawiam się czy przypadkiem nie mogłabym pogadać na czacie albo wysłać maila. Boję się o swój język, że ktoś będzie mówił z silnym akcentem (na przykład irlandzkim) i zrozumiem wielkie G, że będę musiała się dopytywać, wyjdę na głupka i w ogóle przysporzę sobie wstydu. Obawy są bezpodstawne, a jednak zawsze tak samo zwalają mnie z nóg. Tętno mi skacze, ręce się pocą, głos się łamie, ale po kilku sekundach mój rozedrgany mózg i pewność siebie się uspokajają, jest ok, gadka szmatka i do przodu.

No i tak to ze mną jest 🙂 

PS. Czekam na Wasze perełki! 

Podobne wpisy

7 (irytujących) typów rodziców na wakacjach Bez znaczenia gdzie jedziesz, kiedy, na jak długo, czym, z kim i w jakim celu. Bez znaczenia czy kupujesz luksusowe al-in-klu-sif czy wakacje w 3 - ...
20 rzeczy, które skutecznie zepsują twój dobry nas... Wiosna, słonko, dobry humor. Marudzenie i psioczenie zostają zastąpione przez optymizm i chęć do działania. Ale... No właśnie jest jedno "ale". Ostatn...
Moich 7 małych zboczeń Na blogu u Malviny Pe pojawił się tekst o małych zboczeniach. Takich fanaberiach i dziwactwach, które większe bądź mniejsze, naprawdę odjechane i ta...
Rozmowa dwóch nieidealnych Inspiracją do napisania tego tekstu nie była dzika polemika w sieci, kolejny słitaśny wpis o tym jakie macierzyństwo jest kolorowe, piękne zdjęcia b...

Dodaj komentarz