Dwie rodzicielskie pułapki w jakie wpadłam

O niektórych pułapkach czyhających na świeżo upieczonych rodziców trąbią w internecie, ostrzegają przed nimi wszystkie koleżanki, ale i tak rodzice ochoczo (i jakoś tak z zadziwiającą łatwością) w nie wpadają. Tak było i z nami. Popełniliśmy dwa ogromne błędy, które wprowadziły chaos, stres, kłótnie i frustrację.

Wyjście ze szpitala i wniesienie malucha przez drzwi swojego domu to moment w którym cały świat wywraca się do góry nogami. Bo wszystko nagle jest takie namacalne i prawdziwe, te sterty pieluszek, butelek, śpioszków, pranie, kocyki pokryte wymiocinami, płacz, bezsenne noce, bezradność, miłość, samotność, szczęście, bezsilność, radość, zmęczenie, spełnienie. I na tej drodze, a szczególnie podczas tych pierwszych kroków, czeka na każdego rodzica wiele pułapek. Pułapek, które przysporzą bezsennych nocy, pogłębią zmarszczki i rzucą ciemny cień na relacje z partnerem.

O niektórych trąbią w internecie, ostrzegają przed nimi wszystkie koleżanki, ale i tak rodzice ochoczo (i jakoś tak z zadziwiającą łatwością) w nie wpadają. Tak było i z nami. Popełniliśmy ogromny błąd. Właściwie dwa błędy. Z miłości, z troski, z niewiedzy, z udawania, że nie będzie z tego problemu, że jakoś po paru tygodniach damy sobie radę, że trzeba słuchać serca, a nie suchych rad i podręczników. Błędów pewnie było mnóstwo, ale te dwa najbardziej dały nam w kość. I gdybym wtedy czytała te wywody i ostrzeżenia z większym przekonaniem, uwagą i wiarą to może zaoszczędzilibyśmy sobie miesięcy stresu. Nawet teraz na samą myśl o tym co zrobiliśmy, jeży mi się włos na głowie.

Pierwsza pułapka w jaką wpadliśmy. Usypialiśmy córkę na rękach. Tak! Brawa, fanfary, confetti. Jedzenie, odbicie, a potem bez trzymanki jedziemy z tym koksem: przytulanie, potem delikatnie lulanie, bujanie, w końcu chodzenie i gibanie się z boku na bok, wtedy zaczynała wkradać się frustracja i bezsilność, a dziecko NIE ZASYPIAłO. Buju buju, luli luli, kołysanki, lulanki, i nic z tego. Dziecko niby w końcu zasypiało, a po odłożeniu do łóżeczka otwierało swoje błękitne oczęta i krew człowieka zalewała.

Nie, nie jesteśmy wyrodnymi rodzicami. Ale po całym dniu masz prawo mieć dość, nie zgrywaj bohaterki. Chcesz w końcu zjeść kanapkę, napić się herbaty, obejrzeć coś w telewizji, ugotować tą cholerną zupę, umyć włosy albo położyć się spać. Po 8/9 godzinach w pracy marzysz o ciszy, o wyłożeniu się na sofie. A ona nie śpi. I masz dość, za jakie grzechy, za co, dlaczego, idźże już spać.

Wpadliśmy w tą pułapkę bez trudu, a wydostać się było ciężko. Ta głupota spowodowała, że ktokolwiek miał usypiać małą, zaczynał oblewać się zimnym potem, stresować, snuć czarne myśli, a ile mi to tym razem zajmie, a ona spała dziś w ciągu dnia o pół godziny za długo więc będzie kaplica, nie zaśnie, nie zaśnie, a ja osiwieję, wpadnę w tryb bujania i kiwania aż padnę. I na co to komu było. Czasem potrafiło nam takie usypianie zająć dobrze ponad godzinę, a były i gorsze wieczory… Bliskość to jedno, ale głupota to drugie.

W ciągu dnia w ruch wchodził wózek. W przód i w tył. Pewnego dnia powiedziałam sobie „dość” i po paru tygodniach wycierania wózkiem paneli w salonie stwierdziłam, że czas na łóżeczko. I udało się! Kupiłam taką specjalną „łódkę” do spania dla niemowląt dzięki czemu córka do pewnego wieku mogła spać na sofie. A ja? A ja leniwa, egoistyczna i wredna matka siedziałam sobie obok, czytałam książkę albo odpoczywałam, a córka po prostu zasypiała. Zero noszenia i bujania! Wtedy też nabrałam odwagi by wprowadzić zmiany w naszym wieczornym zasypianiu… Było ciężko, ale po paru tygodniach się udało!

I jak diametralnie zmieniło się nasze życie! Zasada była prosta – odłożyć do łóżeczka zaraz po karmieniu i przytulaniu, nie kołysać, nie wstawać, nie bujać się jak gibon! Nie! Nigdy nie zastosowaliśmy metody na „wypłakanie się”, nie gasiliśmy świateł i nie wychodziliśmy, zamykając drzwi, zawsze któreś z nas siedziało/drzemało koło łóżeczka i czekało aż córeczka zaśnie, przynajmniej dopóki było to potrzebne. I nagle zdarzył się cud, bo dziecko po kilku tygodniach samo sobie ładnie zasypiało po kilku minutach gawędzenia do ściany czy misia.

Druga pułapka w jaką wpadliśmy była (jak i pierwsza) totalnie na nasze własne życzenie. Tym razem wynikała chyba z rodzicielskiego cwaniactwa, przekory i zbytniej pewności siebie. Bo kto jak kto, ale czy my przejmowalibyśmy się rutyną? Nie! Bo to takie nudne, beznadziejne i w ogóle mało istotne.

Pierwsze miesiące dały nam solidnie odczuć jak bardzo się myliliśmy. Codzienny chaos, niepewność, brak struktury, wszystko chwiejne, biedne i patykiem na wodzie pisane. Nie mówię o żadnej żołnierskiej musztrze i obsesyjnym podążaniu za grafikami, jakimiś aplikacjami, którymi mierzy się długość karmienia i tak dalej. Mówię o strukturze. Niemowlęta kochają strukturę. Kochają pewność. Kochają przewidywalność i powtarzalność. I gdybym wtedy doceniła ten kawałek informacji nasze życia byłyby łatwiejsze.

Kiedy nadasz swym dniom strukturę wszystko od razu staje się lepsze. Masz (choćby w teorii) czas na zakupy, na obiad, na spacer, na pranie, na krótką drzemkę, na facebooka, na selfie z pociechą, na radość, na cokolwiek. Unikasz przypadkowych drzemek w samochodzie, które rozwalają cały dzień, unikasz marudnych maluchów u lekarza, na kawie, wiesz kiedy mniej więcej wypada posiłek, nie musisz panikować. Wszystkiego nie przewidzisz, ale im więcej powtarzalności każdego dnia tym pewniejszy, spokojniejszy i fajniejszy maluch. Możesz sobie zaplanować jakieś aktywności z dzieckiem – wiesz czego unikać, bo wtedy wypadnie drzemka, a wiesz na co będziesz mieć czas. Właśnie później tak „odsiewałam” wszystkie zajęcia i aktywności dla maluchów, nie było uproś i ta metoda działała świetnie.

W naszym przypadku wprowadzenie rutyny uratowało nam skórę nie raz i nie dwa. Także w przypadku konieczności wprowadzenia zmian (jak obcięcie 2 drzemek do jednej) dawało dobry punkt wyjścia. Nawet teraz, kiedy czasem zaburzymy codzienną równowagę, wszystko kończy się zmierzłą dwulatką, niespaniem do późnych godzin, pobudką o 5 rano, fochami i stresem. O ile teraz rytunę mogę zdecydowanie bardziej naginać to wciąż na nią uważam.

Nikt nie mówił, że rodzicielstwo to tylko lukier, cukier, puch i brokat. Jest też i dużo ciężkiej pracy. Brak rutyny i usypianie niemowlęcia na rękach to były nasze największe błędy i wyzwania, udało się wyjść zwycięsko, nauczka na pewno pozostała na przyszłość.

Każde dziecko jest inne – są takie, które przesypiają całą noc od samego początku, a i takie które wybudzają się i marudzą do 3. roku życia. Są łakomczuchy i niejadki, dzieci, które dzielnie zniosą minutę samotności i takie, które zaczynają żałośnie płakać jak tylko mama zniknie im z pola widzenia. Nasze dwa błędy na pewno przysporzyły nam sporo siwych włosów i wielu niepotrzebnych kłótni. Z perspektywy czasu chce mi się śmiać z naszej naiwności, słabości i głupoty.

Ale takie właśnie jest rodzicielstwo. Nigdy nie będziesz perfekcyjny. Popełnisz tysiące błędów. Małych i dużych. I nie ma w tym nic złego. Każde dziecko jest inne, a żadne nie rodzi się z instrukcją obsługi. Taką instrukcję obsługi musisz, drogi Rodzicu, stworzyć sobie sam. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.