Czy poród VBAC jest dla mnie?

VBAC (poród siłami natury po CC) stał się ostatnimi latami bardzo popularny. Lekarze i położne namawiają, zachęcają i zachwalają, jak tylko mogą. Bo nagle okazało się, że można i że warto spróbować. A jak jest naprawdę?

Kiedyś VBAC (ang. vaginal birth after cesarean, czyli poród siłami natury po CC) był nie do pomyślenia. Jedna cesarka przekreślała szanse kobiety na późniejszy naturalny poród. Ale w ostatnich latach coś się zmieniło… Trąbią i dudnią o liczbie przeprowadzanych cesarek. Gdybają, co takiego dzieje się z kobietami, że więcej idzie pod nóż niż decyduje się rodzić naturalnie. Ile to kosztuje, jakie niebezpieczne, że to operacja, że kobiety leniwe, że miękkie, że wygodne, bla bla cała lista pretensji, zarzutów, gróźb, ale nie o tym będzie mowa, bo po pierwsze czasem cięcie jest koniecznie, a po drugie wybór należy do kobiety, a nie do społeczeństwa. Kropka. 

VBAC stał się ostatnimi latami bardzo popularny. Lekarze i położne namawiają, zachęcają i zachwalają, jak tylko mogą. Bo nagle okazało się, że można i że warto spróbować. A jak jest naprawdę? Tekst, który przeczytacie poniżej będzie bardzo subiektywny, bo napisany z punktu widzenia kobiety i matki, która po cięciu cesarskim urodziła naturalnie, na dodatek poza granicami Polski. Zatem będzie minimum odwoływania się do badań, statystyk i tego, co najchętniej chcieliby usłyszeć lekarze, a będzie więcej o emocjach, kondycji fizycznej i psychicznej. 

Pierworodna urodziła się przez nagłe cięcie cesarskie dokładnie w 42 tygodniu ciąży. Poród był wywoływany, bo dziewczyna za nic nie chciała się pojawić na tym świecie. Ominęło mnie cała otoczka porodu – odejście wod, stopniowe bóle, bo wszystko, sztucznie podsycone lekami, eskalowalo przerażająco szybko. Sama cesarka była trochę straszna, bo wiadomo wydarli mnie na nią nagle i bez ostrzeżenia. Nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać i przede wszystkim pojawił się też przeogromny lęk o dziecko. Niepotrzebnie, bo mała urodziła się rumiana i zdrowiutka. Niestety później mnie samą rozłożyła niemoc fizyczna. 

Poczucie bezsilności towarzyszyło mi tygodniami. Czułam się zdana na cudzą pomoc i niesamodzielna. Istna łajza i ciepłe kluchy. Ból był upierdliwy i najzwyklej przeszkadzał mi w codziennym życiu. Nie czułam się w 100% sobą. Irytowało mnie proszenie o wsparcie. Łzy złości i frustracji cisnęły się do oczu z każdym drobnym wyzwaniem, na jakie natrafiłam. I nie zrozumcie mnie źle… Byłam wdzięczna i szczęśliwa, że wszystko skończyło się dobrze, że mam piękne i zdrowe dziecko i sama nie doświadczyłam też żadnych poważnych komplikacji, ale ja i moje ciało stałyśmy się dwoma odrębnymi tworami – nadawałyśmy na zupełnie innych falach, co mnie dołowało, bo czułam, że przy maleńkim dziecku i setkach nowych obowiązków nie ma miejsca i czasu na myślenie o swoim dyskomforcie. Trzeba zakasać rękawy i wszystko jako tako ogarnąć. 

CC to poważna operacja, a nie żadne tam hop siup. Przekonałam się o tym bardzo szybko (przed porodem myślałam, że po CC jest zdecydowanie lżej), ale nie chodziło nawet o fizyczny ból, bo ten z pomocą determinacji i tabletek byłam w stanie wytrzymać, ale bardziej o dyskomfort psychiczny i świadomość tego, że powinnam skupić się na rekonwalescencji i dać mojemu ciału czas, a po prostu nie było jak, nie mogłam odpuścić i poczekać. Irytowałam się, że nie mogę z łatwością wyjąc wózka z bagażnika, a później na przykład, że podczas biegania wciąż czuję rwanie w miejscU cięcia. Ta bezsilność i poczucie, że nie mogę o WSZYSTKO zadbać tak, jak bym tego chciała, okropnie mnie wnerwiały. Może to taka moja natura – Zosia Samosia, która chce dziesiątki rzeczy na raz. I te pierwsze kilka tygodni skutecznie mnie przekonało, że w przypadku drugiego dziecka sama z siebie na pewno na cięcie się nie zdecyduję!

I tak właśnie było – od samego początku ciąży z drugim dzieckiem informowałam lekarzy i położne, że w grę wchodzi tylko VBAC. I mimo, że byłam pacjentką „wysokiego ryzyka” (poprzednie CC oraz operacja serca), bardzo mocno mnie wspierali, odpowiadali na pytania i podpowiadali, jak się przygotować. A ja tylko miałam nadzieję, że tym razem może zacznie się samoistnie i jakoś pójdzie. I owszem zaczęło się książkowe i popisowo. A potem trwało dwanaście godzin, dwadzieścia cztery, trzydzieści, trzydzieści dwie… W międzyczasie dwukrotnie chciano mnie wysłać na cięcie (i fanfary należą się mężowi, że w chwilach mojej średniej przytomności zdecydowanie trzymał się wersji, że na pewno chciałabym dalej próbować porodu naturalnego). Po 32 godzinach i morzu straconej krwi się udało! A następne dni były pestką w porównaniu do tego, jak czułam się trzy lata wcześniej po CC. 

Nie zapomnę tego komfortu fizycznego i dobrego samopoczucia. Może było to zadowolenie… A może duma, że się udało. A może ulga, że już po wszystkim. Ale na pewno nie byłam ta samą Anką, co za pierwszym razem… 

Czy warto próbować porodu VBAC? Tak. Ale tylko jeśli tego chcesz! Nie ulegaj presji, modzie, nagabywaniu lekarzy i nie daj się ponieść wspaniałym, pompatycznym opowieściom. Nie ma nic gorszego niż robienie czegoś wbrew sobie tylko w nadziei, że spełnimy cudze oczekiwania.

VBAC też wiąże się z ryzykiem i trzeba być tego świadomym, a przecież może być i tak, że mimo wszystko i tak skierują cię na kolejną cesarkę i nie dadzą podjąć próby albo w trakcie porodu coś pójdzie nie tak (tfu, tfu!!!). Bądź realistką. Wszystkie chęci mogą nie wystarczyć, jeżeli na drodze stanie zdrowie. 

Dla mnie, w mojej głowie, VBAC był szansą na szybsze pozbieranie się do kupy i na kontynuację codziennego życia z większym komfortem. I tak było. Byłam mobilna, samodzielna i nie wyglądałam jak po zderzeniu z ciężarówką. Czułam się po prostu „na siłach”. Wiem, że właściwie to nie ma co porównywać moich dwóch porodów, bo każdy mimo bólu i stresu był piękny i wyjątkowy! Ale życie jest życiem, jakoś trzeba to wszystko ogarnąć, a nie każdy ma rodzinę za rogiem do pomocy o każdej porze dnia i nocy. 

VBAC dał mi komfort cieszenia się pierwszymi dniami. Nie musiałam zaciskać zębów, siadając czy wstając z łóżka, schylając się do dziecka, podnosząc coś, co upadło na podłogę. I błagam, nie myślcie, że po porodzie SN leżałam kwitnąca, pachnąca, a w trakcie skurczy medytowałam. Epidural zrobił swoje, wiadomo, ale 32 godziny to nie fatałaszki. Byłam zmordowana jak przysłowiowy koń po westernie. 

Nie gloryfikuję porodów SN. Bo są i takie naprawdę ciężkie, tak skomplikowane, że cesarka przy tym to jest pikuś. Znam kobiety, które po porodzie SN miały tak ogromną traumę, że przy drugim dziecku nie rozważały nic innego jak CC. Chciałabym tylko podkreślić, że ważny jest TWÓJ wybór – twoje nastawienie, determinacja, stan emocjonalny i psychiczny. Jeżeli chcesz spróbować VBAC to świetnie, ale jeżeli strach paraliżuje cię od stóp do głów to sobie odpuść. Nic nikomu nie musisz udowadniać! Nie daj się zmusić lekarzowi czy rodzinie, tylko po to, żeby być kolejną fajną statystyką. 

VBAC jest wyzwaniem. Jest piękny i sprawi, że poczujesz się z siebie i swojego ciała mega dumna, ale jest i trudny. Tak jak każdy poród. 

VBAC niesie ze sobą ryzyko. 

VBAC mimo najszczerszych chęci może się nie udać. Może skończyć się kleszczami, nacięciem, próżnociągiem. Nie masz na to wpływu. Tutaj karty rozdaje matka natura i genetyka (no i trochę personel medyczny). 

Chciałabym jak najwięcej kobiet zachęcić do prób, ale nie chciałabym nikomu czegokolwiek narzucać ani robić mu wyrzutów, jeżeli nie ma najmniejszej ochoty spróbować. To zbyt intymne i wyjątkowe przeżycie, by sugerować się czymkolwiek i kimkolwiek. Wszystkie VBACowe mamy powinny być inspiracją i żywym przykładem na to, że chcieć to móc i do lamusa można odłożyć myślenie „raz cesarka, zawsze cesarka”. 

Ale tak naprawdę każda mama bez znaczenia, jak wydała na świat swoje dziecko to chodzący pomnik siły!