Czego nienawidzę w macierzyństwie

Znacie to cholerstwo, które odbiera normalnym kobietom zmysły, pewność siebie i poczucie, że robią cokolwiek dobrze? To przekleństwo wszystkich matek. Znacie tą plagę, która kobiecie potrafi doszczętnie wypłukać zdrowy rozsądek i pozbawić ją zdolności podejmowania samodzielnych decyzji?

Wiecie, czego nienawidzę w macierzyństwie? Nie znoszę z pasją? Gardzę tym? Wkurzam się na samą myśl o tym? Co mnie irytuje? 

Jest jedna taka rzecz. Coś co doprowadza mnie do szału. Coś o czym nie znoszę czytać, nie znoszę rozmawiać i nie znoszę, kiedy społeczeństwo i media jeszcze nakręcają tą całą spiralę. Wkurza mnie przemycanie tego w postach i zdjęciach przez blogerki i influencerki, trąbienie o tym z każdej strony, wyskakiwania z lodówki, z kibla, z każdego możliwego opakowania, artykułu czy filmu. Rzygam na samą myśl o pompatycznych tekstach, uniesionych rozmowach, debatach i szeptach, o komentarzach, dyskusjach. 

Nienawidzę w macierzyństwie…

Presji.

Znacie to? Znacie to cholerstwo, które odbiera normalnym kobietom zmysły, pewność siebie i poczucie, że robią cokolwiek dobrze? To przekleństwo wszystkich matek, którym brakuje obeznania, odwagi, doświadczenia, wsparcia, a może i wszystkiego po troszkę? Znacie tą plagę, która kobiecie potrafi doszczętnie wypłukać zdrowy rozsądek i pozbawić ją zdolności podejmowania samodzielnych decyzji?

Presja, by zajść w ciążę za pierwszym razem, bez żadnych problemów i wspomagaczy. Presja, by przechodzić ciążę z gracją, lekkością i szczęściem pomimo, że hemoroidy chcą rozwalić ci cztery litery, żylaki wychodzą z każdego centymetra skóry na nogach, wymiotujesz, nie możesz patrzeć na normalne jedzenie, a zamiast tego chce ci się chrzanu z rodzynkami na przykład, a stopy ledwo mieszczą się w klapki japonki. 

Ale nieeeee… Wszystkie media i artykuły bombardują cię pięknymi zdjęciami kobiet, które opowiadają o ciąży z uniesieniem, celebrując każde kopnięcie i o ile nie ma w tym nic złego to sam fakt, że tak tego nie przechodzisz już powoduje u ciebie mega banię. Bo dyskomfort powinnaś traktować jako błogosławieństwo, a każdą wycieczkę do toalety (w której notabene byłaś zaledwie pięć minut temu) jako część tego cudu. Każda, która była w ciąży wie doskonale, że jest sporo momentów, kiedy pięknie, lekko i fajnie wcale nie jest! A wpędzanie kobiet w poczucie winy, że odważą się o tym mówić głośno jest chorą praktyką obecnych czasów i wszystkich insta-idealnych-eko-matek.

Idąc dalej… Poród musi być przemyślany. Wypisany w szczegółowych podpunktach, najlepiej po kursie hipnoterapii. Presja na cesarki, presja na poród naturalny, na rodzenie w domu, na brak znieczulenia, na kangurowanie. I cokolwiek zrobisz, bez znaczenie czy tak chciałaś, czy było ci obojętne, czy tak wyszło w praniu i tak znajdzie się grono, które umiejętnie zrobi ci z mózgu sieczkę i nawet uda in się wmówić, że nie zadbałaś odpowiednio o swoje dziecko i już na początku polegałaś  jako matka. 

Taka osobista dygresja. Pamiętam, jak przed narodzinami Jacoba poszłam na jednorazowe zajęcia z jogi dla ciężarnych – jedynym, co słyszałam od innych mam to pytanie, czy zapisałam się na kurs hipnoterapii, czy czytałam o tym, czy wiem ile to plusów dla dziecka? I zamiast sobie beztrosko pogadać przy dobrych przekąskach to czułam się w obowiązku usprawiedliwiania, dlaczego jestem taka beznadziejna, bo się nie zapisuję. I to jest ta głupia presja, której nie potrzebowałam… Wiercenie mi dziury w brzuchu, granie na moich emocjach, tylko po co…? Co te kobiety chciały mu udowodnić? Inne matki, niby w tej samej sytuacji, niby po tej samej stronie barykady. A jednak nie. 

Potem jest presja na karmienie piersią. I o rany Julek jeśli robisz inaczej, bo na przykład (zgroza!) wyciągasz butelkę, nie karmisz cycem do drugiego roku życia, nie opowiadasz o krwawiących sutkach to jest wielkie halo. 

Presja, żeby chodzić już dwie godziny po cięciu i robić kupę cztery godziny po porodzie naturalnym. Masz błyszczeć, uśmiechać się i robić sobie ładne zdjęcia. Presja, by pokazać, że jesteś silna i twarda i że trzydzieści godzin porodu, kleszcze i pęknięcia to jest nic i otrzepałaś się z tego jak z byle potknięcia. 

Później jest jeszcze gorzej – pieluchy, odparzenia, jedzenie pierwszych stałych pokarmów, daty, ramy, musi wtedy, nie może tak, musi tu, nie może tam. 

Bo musi sikać do nocnika w wieku 2 lat.Przesypiać całą noc od 4 tygodnia życia. Mieć specjalne buty. Nosić tylko ciuszki z bambusa. Jeść organiczną łyżeczką, a czy ktoś wspomniał Montessori? Indywidualne potrzeby dziecka stają się przyćmione przez badania i opinie, cudze gadanie, marketing. 

Presja społeczna odziera kobiety z samodzielności, przyćmiewa ich instynkt i odbiera szansę na słuchanie swoich potrzeb. Macierzyństwo to wiele ciężkich i trudnych chwil, a presja innych sprawia, że najprostsze decyzje urastają do rangi jakiś kosmicznych problemów. Im ktoś słabszy czy bardziej zagubiony, tym bardziej uderzy w niego fala cudzych rad, pretensji i parcia na to, by zrobić coś tak a tak.

Nienawidzę tego trendu. Tej ostentacyjnej i chamskiej potrzeby wpychania nosa w więź pomiędzy matką a jej dziećmi. Do szału doprowadza mnie szkalowanie i piętnowanie matek, które robią coś w swoim tempie i według własnych zasad. 

Jasne, ktoś może powiedzieć – wyluzuj. Nie przejmuj się. Co sobie dobierasz do głowy? 

Jasne, można tak powiedzieć… 

Rzeczywistość i prawdziwe emocje są jednak czymś zupełnie innym… I już nawet nie mówię o tych przypadkach, gdy któraś mama naprawdę nie ogarnia, jak poradzić sobie z presją otoczenia, by wszystko robić według zaleceń XYZ, ale nawet dla osoby, która ma wszystko pozornie gdzieś jest to najzwyczajniej uciążliwe, frustrujace i marnuje jej czas.

Presję możecie sobie wsadzić w dupę. Nikt tego nie potrzebuje. Kreujecie toksyczne i nieprzyjazne środowisko. Zamiast celebrować ten wielki cud jakim są narodziny dziecka sprowadzacie wszystko do wytycznych i ideologii. To nie fair. To niezdrowe i krzywdzące. 

Dajcie matkom żyć swoim życiem. Celebrować ich własną (NIE WASZĄ!) podróż ze swoimi pociechami. Dajcie im swobodę i wolność wyboru. Dajcie im szansę nawet na błędy. To wszystko tworzy magię macierzyństwa.