Czego nauczyła mnie fotografia

Od kilku lat w szafie leżała lustrzanka. I to całkiem niezła. Zabierana jedynie na wakacje. Po jakimś czasie pojawiła się selekcja różnych obiektywów. Można było je sobie zmieniać, ten na pejzaż, ten na portret. A potem z zadowoleniem naciskać spust migawki. Oczywiście wszystko w trybie AUTO.

Od kilku lat w szafie leżała lustrzanka. I to całkiem niezła. Zabierana jedynie na wakacje. Po jakimś czasie pojawiła się selekcja różnych obiektywów. Można było je sobie zmieniać, ten na pejzaż, ten na portret. A potem z zadowoleniem naciskać spust migawki. Oczywiście wszystko w trybie AUTO.

Za ciążowe, noworodkowe i dziecięce sesje płaciłam komuś innemu. Za profesjonalnie przygotowanie i wykonanie mojej wizji. Aż nagle po pierwszej, drugiej, trzeciej sesji pojawiła się myśl… A co gdybym okiełznała swój sprzęt, sama spróbowała cyknąć ładną fotkę, zrozumiała te wszystkie guziczki, pomiary? I nie wynikało to z bycia sknerą (bo przecież porządne sesje wcale tanie nie są), ale z czystej ciekawości i chęci rzucenia sobie wyzwania i (miejmy nadzieję) stania się niezależną od cudzych obiektywów, obróbek i naciąganych na stelaż kolorowych teł.

I tak w zeszłym roku złapałam bakcyla fotografii. Zapisałam się na kurs. Jeden, drugi, trzeci, czwarty… Po skończeniu ścieżki podstawowej postanowiłam iść na trudniejszy, półroczny kurs z kilkoma „wyzwaniami tematycznymi”. 

I co? I owszem pstrykam w trybie manualnym lub półautomatycznym. Wiem do czego służą pokrętła i przyciski. Umiem ustawić odpowiednie ISO, punkt ostrości i dobrać nawet poprawny kadr. Ale… im więcej wiem, tym gorsze są moje zdjęcia!

Serio! Na ostatnim kursie kuleję, mam wrażenie, że nie dorastam do pięt innym uczestnikom, szukam inspiracji, kolorów, odpowiedzi i ich nie znajduję…

Kreatywność spotyka się z techniką i optyką, muszę kreować, ale i analizować, uważać nie tylko na wizję, ale i na czysto podręcznikowy aspekt zdjęć. Nie jestem wystarczająco szybka. I nie wychodzi tak, jak bym tego chciała… 

Co boli mnie najbardziej to oczekiwania innych ludzi, którymi wiem – nie powinnam się przejmować – ale gdy widzę te zawiedzione spojrzenia, że skoro nauczyłam się, jak tam coś ustawić i przestawić to powinnam pstrykać jak Annie Leibovitz, to najzwyczajniej ogarnia mnie ogromna frustracja. Gdy inni widzą w moich rękach lustrzankę, myślą, że dostaną perfekcyjne zdjęcia, a jak się coś spieprzy to przecież jest photoshop, który w końcu jest jak magiczna różdżka (a guzik prawda!). 

Fotografia nauczyła mnie ogromnej pokory. Bo to coś więcej niż aparat – to nie tylko pokrętła, tego nauczyć może się każdy. Fotografia to zmaganie się ze światłem, cieniem, kolorem i emocjami. To bycie szybkim, ale uważnym. Bycie artystą i inżynierem jednocześnie – tandetne to porównanie, ale gdy czasem czytam wywiady ze światowej klasy fotografami to mam wrażenie, że właśnie tak to wygląda.

Cały proces przynosi mi wiele frustracji i teraz pewnie wiele osób zapyta – więc na co mi to do cholery? Czy nie powinnam się bawić? Cieszyć? Relaksować? Pewnie tak. Ale nie robię tego w ramach jedynie hobby, chciałabym to poznać jak najlepiej, dla samej siebie. Dla pięknych pamiątek dla moich dzieci. 

Proces nauki jest diabelnie ciężki. I jeszcze bardziej frustrujący. Nie ma w nim nic pięknego i wzniosłego. Jeden moment dumy i radości zostaje zasłonięty tysiącami momentów załamania, złości, bezsilności i chęci rzucenia tym wszystkim. A później przychodzi przełom. Zwykle po jednym takim wybuchu – po chwilach ogromnego zwątpienia, płaczu i krzyku, poczucia bycia do dupy. Nagle coś się dzieje.. klika. I wskakujemy na następny poziom. 

I tak bez końca…

To jak niekończące się wyzwanie. 

Fotografia nauczyła mnie innego spojrzenia na świat – oceniam światło, zwracam uwagę na detale (jakieś śmieci w tle, drzewo, które może na zdjęciu „wyrastać” z dziecięcej głowy), wiem, które kolory narobią problemów. Dobre zdjęcie to składowa dziesiątek czynników, sytuacji, emocji, to milisekunda zapisana na zawsze. Mina, spojrzenie, wiatr we włosach, układ rąk, chmury na niebie. 

Są tygodnie, że nie wyjmuję aparatu. Nie dotykam. Nie myślę nad kolejną sesją. Nad złapaniem dzieci podczas zabawy w parku. Bo mam dość. A czasem nie mogę go odłożyć. Przebieram dzieci. Wygłupiam się. Tworzę. Wyjmuję jakieś koce, rekwizyty, maluję im twarze, nawet LightRoom jest moim przyjacielem. 

Gdy ktoś śmieje się, że robię tyle zdjęć, gdy nazywa pseudoartystką (pozdrawiam ;-)), gdy zarzuca, że się chwalę lub noszę aparat dla szpanu. Gdy ktoś stwierdza sarkastycznie, że ile można mieć zdjęć na karcie…. Zawsze w duchu wtedy myślę sobie „poczekaj aż te zdjęcia będą jedynym co ci pozostanie…” 

To pamiątka. Wspomnienia. Historia. Emocje. Dlatego właśnie chciałabym sztukę fotografii opanować na tyle, by zapisywać naszą, rodzinną historię w jak najpiękniejszy sposób. 

Jestem na najgorszym etapie nauki. Wiem, a nie wiem. Umiem, a nie umiem. Mówią, że by stać się dobrym w czymś co się robi potrzeba minimum 10,000 godzin treningu i prób. Nie jestem nawet w połowie. Ale dam radę! 

Challenge accepted!