Co zrobić, by (NIE) być moim przyjacielem

Przyjaźń to coś więcej niż nieustanne wypłakiwanie się na ramieniu, szukanie pocieszenia, lajki pod zdjęciami, agresywne nawracanie drugiej osoby, bycie obok niej, bo nam wygodniej – bo ma auto, fajne ciuchy, kasę, znajomości, charyzmę.

Znacie ten mem? Miał 3478 znajomych na facebooku, a na jego pogrzebie było 5 osób. Wychodzi na to, że te pozostale 3473 osoby miały niezwykle ważne zobowiązania zawodowe, rodzicielskie bądź osobiste, byli poza granicami kraju, nie mieli na autokar, samochód był akurat u mechanika, musieli odwiedzić w szpitalu chorą ciocię, pies im rzygał, mieli spotkanie integracyjne w klubie szachowym, albo może wybierali się na wielkie czyszczenia magazynów do Media Markt. I dupa blada. Wirtualny świat wypiął się na niewirtualną i tak niepraktyczną śmierć jednego ze swoich użytkowników.

Nie macie czasem wrażenia, że social media zabierają wam radość z relacji międzyludzkich? Takich prawdziwych, autentycznych, gdzie można kogoś poklepać po ramieniu albo powiedzieć, że mu się rozmazała maskara pod okiem? Ale nie będzie dzisiaj o przyjaciołach zrobionych z pikseli. Będzie o tym od kiedy lepsza jest ilość, a nie jakość…

U mnie zawsze przyjaciół było mało. Nie dlatego, że jestem wredną krową, ale dlatego, że nie wpuszczam byle kogo do swojego życia, nie dzielę z nim sekretów, trosk i zmartwień. Bo uważam, że nie każdy na to zasługuje. Nie każdy potrafi poprawnie wykorzystać zdobytą właśnie prywatną wiedzę i czasem te wiadomości stają sie pożywką dla połowy osiedla, kamuflowanych wpisów na forach i grupach, powodem do szykan, chamstwa i złośliwości. Dlatego cierpliwie i uważnie dobieram co komu zdradzam i co z kim dzielę. Jak dzielę z Kasią to nie chcę dzielić z Kasi siostrą, koleżanką, sekretarką w pracy, trenerem na siłowni, sąsiadką z parteru, członkami klubu dla szydełkowiczów, bo przecież nie o to w tym chodzi.

Jeśli wywlekasz bebechy to sam akt kosztuje już wystarczająco dużo odwagi, wstydu i stresu, że oczekujesz, iż nie wypełznie dalej, narażając cię na śmieszność i dalsze nerwy. Nie jest miło podczas pogawędki z kimś znanym z widzenia, usłyszeć „no a jak tam twoja grzybica paznokci, ten antybiotyk coś pomógł?”. Serio… Nie wiem jak bardzo trudno jest to pojąć.

Przyjaciół było też mało, bo nie nazywam przyjacielem kogoś kto wykorzystuje mnie jako zlew na swoje problemy. Słuchaj, pomagaj, doradzaj, milcz, pochwal, pociesz i bądź ma podporą, kiedy totalnie rozwalam swoje życie i popełniam ten sam błąd piąty raz i najważniejszy jest mój problem, mój świat i mój ból. Ty trzymaj mnie za rękę i rób to co do ciebie należy, gówno mnie obchodzi, że miałaś zły dzień albo rozbiera cię grypa. Zwolnili cię? No szkoda, ale słuchaj dzisiaj miałam taki mętlik uczuciowy, no i nie wiem co zrobić z tym fantem. Czy na moim miejscu dodałabyś go do znajomych?

Nie zwykłam nazywać przyjacielem osoby, której poglądy i idee tak bardzo mnie rażą i tak diametralnie różnią się od moich, że w żadnej dyskusji nie możemy znaleźć wspólnego punktu wyjścia. Ktoś kto mi truje o tym, że szczepiłam córkę, ktoś kto mi nieustannie wciska w usta wegańskie, bezglutenowe przekąski, licząc, że się nawrócę na drogę empatycznego człowieka, ktoś kto uznaje jedynie buty na obcasie i nie może patrzeć na moje trampki. Jeżeli nie możemy dogadać się na platformie fundamentów, nie dogadamy się i na platformie bardziej skomplikowanych zagadnień.

Nie mam wiele zrozumienia i współczucia wobec życiowych ofiar i przyjaźń nie wypali, bo nie dostaną ode mnie orderu za cierpienie i bycie gapą. Nie smuci mnie jak to bardzo cienko przędłaś na studiach, jak robiłaś maseczkę na włosy z banana, bo cię nie było stać na szampon, jak to nic ci nie wychodzi, jak to znów nie umiesz znaleźć lotu, jak to przestali sprzedawać w Lidlu jagodzianki, jak to zmagasz się ze zmarszczkami i wygrać nie możesz. Biadolenie zostaw dla siebie. Przyjaciółka to nie jest mikrofon do którego możesz wyliczać wszystkie swoje gorzkie żale.

Przyjaźń to coś więcej niż nieustanne wypłakiwanie się na ramieniu, szukanie pocieszenia, lajki pod zdjęciami, agresywne nawracanie drugiej osoby, bycie obok niej, bo nam wygodniej – bo ma auto, fajne ciuchy, kasę, znajomości, charyzmę, własną firmę, bo się nie boi, bo się potrafi cieszyć. Bycie z kimś przyjacielem „dla czegoś” to jak bycie pasożytem.

Przyjaźń to umiejętność mówienia o wszystkim i o niczym, to zaufanie i symbioza. Równość. Szacunek. Ponarzekaj, ale nie traktuj drugiej osoby jedynie jako słuchacza twoich trosk. Przyjaźń działa w dwie strony. Nie musicie być lustrzanymi odbiciami, macie się uzupełniać,macie być w równowadze.

Dlatego idę na jakość, a nie na ilość.

Podobne wpisy

Jestem fleją i co mi zrobisz? Przeżyłam już ponad 30 lat na tym świecie i jak dotąd jeszcze nie udało mi się zrozumieć dlaczego niektórym ludziom nie przeszkadza bałagan. Nie mów...
Czym rozwścieczyła mnie Kat Von D Temat, który ostatnio jest tak gorący, że najlepiej omijać go szerokim łukiem, nie wspominać, nie pytać, nie zgłębiać, nie udzielać się. Najlepiej s...
Moich 7 małych zboczeń Na blogu u Malviny Pe pojawił się tekst o małych zboczeniach. Takich fanaberiach i dziwactwach, które większe bądź mniejsze, naprawdę odjechane i ta...
I co z tym Brexitem? Unia Europejska to dla mnie taki dziwny, sztuczny twór, coś jakby na kształt skautów, klubu szachowego albo fanklubu Biebera. Struktura stworzona z ...

Dodaj komentarz