Chodź, wstąpimy do biblioteki

Pewnie, że nie muszę przynosić do domu zniszczonych, porwanych bajek, tomów brudnych od tłustych, dziecięcych palców. Pamiętać o terminie oddania. Zasuwać do biblioteki. Ale jest w tym słodko – gorzki posmak czasów mojej młodości. Normalnego dzieciństwa i prostych przyjemności, które chociaż w niewielkim stopniu chciałabym dać moim dzieciom. 

Doskonale pamiętam dreszczyk emocji i ekscytację. Grzebanie na półkach. Czytanie opisów. Przeglądanie stron. Wyszukiwanie perełek. Z każdą panią biblioterką byłam za pan brat. Każda widziała moją autentyczną pasję oraz ogromne zamiłowanie do książek i podsuwała pod nos znakomite kąski literackie. Dzięki temu szybko wyszłam poza modę na czytanie Paulo Coelho i wszystkich możliwych młodzieżowych sag i sięgnęłam po Vonneguta Jr., potem po Pilcha, Gretkowską, Whartona. Pragnęłam czytać książki mocne, niekoniecznie z happy endem, książki mądre, kontrowersyjne, nawet te ciężkie i trudne. 

Moja karta członkowska wprawdzie jest już przeszłością, bo teraz książki, które mnie zainteresują, po prostu kupuję, ale postawiłam sobie za cel, aby pokazać moim dzieciom, jaką frajdą jest wizyta w bibliotece i grzebanie w stertach lekko przybrudzonych i zniszczonych książek. 

Wizyty w bibliotece wspominam jako przygodę i trochę wyzwanie, bo zawsze idąc korytarzem, gdybałam, czy ktoś oddał już ten tom, na który tak czekałam, czy znajdę coś, co zaspokoi niedosyt po poprzedniej lekturze. Dla naszej córki wizyty w bibliotece są frajdą – cieszy ją skanowanie czytnikiem, odkładanie na półkę, a później buszowanie w wielkich koszach i między niewysokim półkami. Idzie za okładką – że jest z księżniczką, z kotkiem, z czarownicą. Szuka tych kolorowych, tych, które wcześniej gdzieś widziała, które czytano jej w przedszkolu. Zawsze układa pokaźny stosik, a potem razem wybieramy trzy. Nie jestem zgredą, pewnie, że może wziąć i sześć, ale zależy mi, żeby autentycznie chciała te trzy książki poznać lepiej. W końcu każdą z nich będziemy czytać jej do snu co najmniej z kilka razy… Hitem była książka o Gruffalo, która znamy dosłownie na pamięć!!! 

Jasne, że te same książki mogę kupić w sklepie. Mogę nazbierać ich setki. Zamówić piękne zestawy na Amazonie. Nie muszę przynosić do domu zniszczonych, porwanych bajek, tomów brudnych od tłustych, dziecięcych palców. Pamiętać o terminie oddania. Zasuwać do biblioteki. Ale jest w tym słodko – gorzki posmak czasów mojej młodości. Normalnego dzieciństwa i prostych przyjemności, które chociaż w niewielkim stopniu chciałabym dać moim dzieciom. 

Czasy nieubłaganie się zmieniają. To, co kiedyś wydawało się niemożliwe, dziś jest codziennością. Każdy nasz krok i decyzja są obwarowane techniką, kodami, kamerami i czytnikami. Ułatwienie ułatwieniem, ale gdzieś w tym wszystkim zatracamy też radość z prostych przyjemności. Papierowa książka może nie jest tak ekscytująca jak film czy gra, ale ma według mnie jakiś mały ułamek duszy, czegoś czego współczesnym ludziom brakuje. Pierwiastka człowieczeństwa, normalności, możliwości dokonania wyboru bez bycia bombardowym aplikacjami, skanerami i PINami. 

Kiedyś to wszystko umrze. Biblioteka po bibliotece zostaną zamknięte, a na ich miejscu powstanie kolejny sklep albo centrum naprawy iPhonów. Tak naprawdę to MY trzymamy to przy życiu. Im więcej używamy, tym dłużej może uda nam się czerpać z tego korzyści. 

Zapisanie się do biblioteki nic nie kosztuje. A może sprawić tak wiele, wiele radości. Zrób z tego ekscytującą wyprawę. Mianuj dzieci poszukiwaczami skarbów. Bo przecież w dzieciństwie chodzi o frajdę i przygodę!