Cesarka to poród jak każdy inny, ale…

Komfort, jaki czułam po porodzie siłami natury był wprost nieporównywalny do frustracji, bezsilności i niemocy jaką czułam, leżąc po cięciu. I nie ma znaczenia próg bólu, ciało potrzebuje czasu, by się zregenerować. I bez znaczenia jak dobra jesteś w zaciskaniu zębów i ile paracetamolu łykasz w ciągu dnia, nie przyspieszysz działania natury, to co przecięte musi się zrosnąć. Można być kozakiem, ale procesy komórkowe i tak będą szły swoim powolnym tempem.


Cesarka czasem ratuje życie. Umożliwia poród, który naturalnie nie byłby możliwy lub byłby zbyt ryzykowny. Pozwala zostać mamami tym wszystkim kobietom, które zmagają się z problemami zdrowotnymi, obawami przed porodem naturalnym lub strachem spowodowanym wcześniejszymi traumatycznymi przeżyciami na porodówce. A czasem cesarka jest życzeniem rodzącej. Bo pragnie mieć kontrolę. Nie czekać. Nie przeżywać godzin bóli i dyskomfortu. Bo ta opcja wydaje jej się bardziej estetyczna, godna i spokojniejsza. Może utożsamia ją z mniejszym stresem. 

Cesarka to poród jak każdy inny. Ani lepszy, ani gorszy. I jeden, i drugi sprawia, że zostajesz mamą… 

Jest jedno „ale”… 

Cesarka to jednak także dosyć poważna operacja. A operacja to również narkoza, możliwe komplikacje, dłuższa rekonwalescencja oraz ewentualne późniejsze problemy zdrowotne. I dlatego chyba trzeba się zastanowić, czy jeżeli tak naprawdę nie potrzebujemy, to czy warto pchać sie pod nóż? Nie piszę tego, by wywołać (tą modną obecnie) gównoburzę.  Piszę to z punktu widzenia kobiety, mamy, która urodziła i przez cesarskie cięcie, i naturalnie. Nie moim celem jest namawiać, przekonywać, besztać czy klepać po ramieniu. Każda kobieta w miarę możliwości sama podejmuje decyzję w jaki sposób chciałaby urodzić swoje dziecko. I nie śmiem nikomu nic narzucać ani nikogo oceniać. Ten tekst jest subiektywnym wyrazem moich przemyśleń oraz emocji, które towarzyszyły mi przy porodach. 

Historii i doświadczeń z porodówki będzie tyle ile porodów. Jedna zerwie się od razu i będzie śmigać jak mały samochodzik, a druga przez trzy dni nie wstanie z łóżka. Jedna powie, że nie taki poród straszny, a druga, że za żadne skarby nie chce mieć już więcej dzieci. 

Moje doświadczenie można sprowadzić do prostego porównania. Cesarka – nie boli w trakcie, boli później. Poród naturalny – boli w trakcie, nie boli później. Wiem, że to ogromne uogólnienie i są jeszcze większe odstępstwa w każdą stronę. Bo jasne, że po cesarce da się normalnie funkcjonować. Tylko się nie oszukujmy, że jest miło i lekko. Ciągnie, boli, mrowi, ani kaszleć, ani kichać. Jasne, po porodzie SN (siłami natury) też można ryczeć z bólu podczas siadania na tyłku. Jednak organizm regeneruje się nieporównywalnie szybciej. 

Komfort, jaki czułam po porodzie SN był wprost nieporównywalny do frustracji, bezsilności i niemocy jaką czułam, leżąc po cięciu. I nie ma znaczenia próg bólu, ciało potrzebuje czasu, by się zregenerować. I bez znaczenia jak dobra jesteś w zaciskaniu zębów i ile paracetamolu łykasz w ciągu dnia, nie przyspieszysz działania natury, to co przecięte musi się zrosnąć, te wszystkie warstwy mięśni muszą wrócić do jako takiego stanu używalności. Można być kozakiem, ale procesy komórkowe i tak będą szły swoim powolnym tempem. 

I co z tego, że trzy miesiące po cięciu zaczęłam przygotowania do półmaratonu? Niby taka harda i dzielna, a tak naprawdę często czułam się jak przysłowiowa kupa. Tak, nierzadko bolało… I kilka miesiący później również doskonale wiedziałam, że moje ciało nie wróciło jeszcze do 100% sprawności. I sprawiało to, że czułam się sfrustrowana, bo nic nie mogłam z tym zrobić. Tylko czekać. 

I chociaż mój poród SN wcale nie był łatwy, a strasznie długi, bolesny i z kilkoma komplikacjami to jednak moje samopoczucie już kilka godzin po było sto razy lepsze niż po cięciu. Bo czułam, że jestem panią swojego ciała. Że mogę chodzić, wstawać, iść do toalety, wziąć prysznic bez dramatów, nieustannej pomocy, że nic nie ogranicza mojej niezależności. Że nie jestem pacjentką po operacji. Tak właśnie się czułam… 

Nigdy nie podpisałbym się pod stwierdzeniem, że cesarka to łatwiejsza czy że to opcja „dla leniwych”. Tak, teoretycznie ominą cię skurcze, poty i ból, ale później – tak z mojego doświadczenia – czas i energia, jakie ciało musi przeznaczyć na rekonwalescencję po cięciu, potrafi przysparzyć kobiecie wiele frustracji i dyskomfortu. 

Jak wspomniałam, nie wsadzam kija w mrowisko, mówię jak u mnie było, jak to wygląda od kuchni. Serio, nie jestem jakąś mimozą, która użala się nad sobą i płacze jak to zły doktor ja rozciął i w ogóle uprzykrzył jej życie. Mówię to z perspektywy osoby ceniącej sobie niezależność, będącej Zosią Samosią i po prostu takiej, która nie miała wyjścia, bo tak właśnie wygląda życie na emigracji – nie ma pomocy rodziny na zawołanie, musisz spinać poślady i dawać radę samej. 

Dlatego cesarka przyniosła mi jedynie frustrację i złość na własnej ciało. I nie uwierzę żadnej kobicie, która mówi, że dwa dni po śmigała, jak gdyby nic się nie stało. Naprawdę nie da się. I oczywiście, że i po porodzie SN możemy czuć się jak po zderzeniu z ciężarówką i cierpieć z powodu powikłań. Ale to jest inna historia. 

Nie hejtujcie, nie kłóćcie się kto lepiej, szybciej i dzielniej.

Chciałabym też powiedzieć – jeśli nie musicie iść pod nóż, nie idźcie. Jesteście silniejsze niż wam się wydaje. Co Wam szkodzi spróbować?

A jeżeli już czeka Was CC to dajcie sobie czas na rekonwalescencję. Nie musicie nikomu nic udowadniać. I nie wkurzajcie się na siebie i swoje ciało. Ono tylko potrzebuje troszkę więcej czasu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.