Bożenka z „okienka”

Tam zostaniesz. Tu cię zechcą. Ja cię nie chcę. Ja nie mogę. Ja tak muszę. Zrozum. Wybacz. Nie chcę cię. Nikt cię nie chce. Zniknij z mojego życia. Tutaj leż. Wezmą cię. Już nie jestem twoją matką. Nie chcę być. Nie umiem.

Ciemna noc. Głucha noc. Bluza z kapturem. Brudny kocyk, może reklamówka z biedronki albo stara koszula. Prawie niesłyszalne kwilenie. Odór strachu i smutku. Zimno. Ucieczka.

Tam zostaniesz. Tu cię zechcą. Ja cię nie chcę. Ja nie mogę. Ja tak muszę. Zrozum. Wybacz. Nie chcę cię. Nikt cię nie chce. Zniknij z mojego życia. Tutaj leż. Wezmą cię. Już nie jestem twoją matką. Nie chcę być. Nie umiem.

Ostatnie dni to smutne informacje o kolejnych dzieciach pozostawionych w tzw. “oknach życia”. Lodowaty dreszcz przechodzi po moich plecach kiedy tylko zacznę wyobrażać sobie noworodki w plastikowych workach, owinięte w szmatki i zostawione przez rodziców na pastwę nocy, chłodu i dobrego serca obcej osoby. Nie chcę też wiedzieć co czuje osoba zakładająca do „okienka” i natrafiająca na wyziębione, przerażone zawiniątko, ofiarę nieodpowiedzialności i głupoty, ludzką biedę, może jeszcze umazaną krwią porodową, nieświadomą gdzie jest.

Za nic nie potrafię pojąć tego sprzecznego z instynktem rodzicielskim czynu, nie wiem zresztą czy chcę. Kiedy zostaje się rodzicem, takie akty i zachowania nabierają zupełnie innego wymiaru. Patrzysz na swoje dziecko, na to jak jest kruche, maleńkie, wpatrzone w ciebie jak w obrazek, jak cię potrzebuje i nie znajdujesz słów by opisać te wydarzenia, które docierają do ciebie z gazet i telewizji. To już nie są po prostu jakieś tam smutne wieści, jedne z wielu. Czujesz jak gdyby ciebie dotyczyły, strach i słabość tej małej, porzuconej istoty były częścią ciebie. Włącza się niewyobrażalna do opisania empatia i przejmujący żal, smutek i przerażenie na myśl o tym czego dokonuje się przecież nie aż tak rzadko, na myśl o tych dzieciach, które rodzice oddali. Po prostu oddali…

Czy te matki płaczą, zostawiając swoje kilkudniowe maleństwo? Czy oddychają z ulgą, że pozbyły się balastu? Czy desperacko szepczą do małego uszka, że muszą to zrobić i teraz będzie już tylko dobrze, u ludzi, którzy pokochają? Czy zaciskają zęby, czując jak pełne mleka piersi boleśnie pulsują, widząc wciąż jeszcze niewytartą główkę swojego dziecka i dyndającą pępowinę? Czy robi się im żal? Czy wzrusza je ciche kwilenie? Czy zaciskają się na sercu kleszcze rozpaczy, wyrzutów sumienia, czy wręcz przeciwnie odsuwają od siebie jakiekolwiek emocje i przeradzają w sople lodu?

 

Zawsze frapował mnie fakt dlaczego tak wiele kobiet nie myśli przed, zanim biologia brutalnie i nieodwołalnie dojdzie do głosu i będzie już za późno. Czy mało jest sposobów by się zabezpieczyć? Bo przecież tak często to właśnie jest powodem tragedii drugiej istoty. Tej najbardziej bezbronnej, niewinnej, jeszcze nieświadomej. 

„Okienko życia” to coś co może dać szansę na przeżycie i na normalność kiedy koleje losu wiodą jedynie ku tragedii i nieszczęściu. Koniec końców jakiekolwiek są powody rodziców, jakakolwiek wymówka… Ja wszystko rozumiem, że się jest młodym i dziecko to tylko przeszkoda w studiach, imprezach i karierze. Też rozumiem, że może ma się juz kilkoro dzieci i nie chce kolejnego. Rozumiem też, że można nie być w dobrej sytuacji finansowej. Rozumiem, że można być ofiarą gwałtu, własnej głupoty w jedną ciepłą, letnią noc na imprezie, można zostać postawionym przed okrutnym wybrykiem genów u własnego dziecku, jarzmem choroby, można nie wytrzymać psychicznie. Ciężko, ale staram się rozumieć… Bo to choć pozornie desperacki akt nieodpowiedzialnych bądź niedojrzałych dorosłych to jednak jest to też danie szansy na normalność i… po prostu uratowanie życia, które przy braku tej opcji zostałoby pewnie zgaszone. 

Jeśli kobieta ma po kątach skrobać się w piwnicy u pseudolekarza, jeżeli ma bezdusznie wyrzucić reklamówkę z noworodkiem do śmietnika to lepiej by ciemną nocą w dużej bluzie z kapturem podkradła się do „okienka życia” i tam zostawiła swoje dziecko. Odczuwam nieprzyjemne dreszcze, ale wiem, że to mniejsze zło. Że to szansa. Dla Bożenek, Jasiów i innych niechcianych dzieci. Że to uśmiech losu, jak bardzo groteskowo i paradoksalnie to brzmi. Że jeżeli nie potrafimy wykrzesać rodzicielskiej miłości ani znaleźć miejsca pod naszym dachem dla małej istotki to chociaż uszanujmy jej prawo do życia.

Nie zapomnę kiedy kilka lat temu dawna koleżanka z pracy dowiedziała się, że jest w szóstym miesiącu ciąży. Jako, że byłam menadżerką, zostałam wezwana do głównego biura gdzie poinformowano mnie o tym fakcie, a kiedy wstałam by uściskać i pogratulować koleżance, ona wzdrygnęła się i powiedziała „ale ja to oddam”. Pamiętam jakbym dostała prosto w pysk. Ale jak to…? Oddasz? Nie miała ciężkiej sytuacji, była w stałym związku. Ale jej niedojrzałość i strach przed nieznanym podsunęły jej głupi pomysł, by kłopotu się po prostu pozbyć. Oddać komuś kto pokocha, zaopiekuje się, kto czeka na dziecko jak na cud świata, a ona będzie mogła wieść spokojne, beztroskie życie jak do tej pory. Skończyło się, że… nie oddała. Bo kiedy oboje z partnerem zobaczyli malutką dziewczynkę, nie było mowy by komukolwiek ją dali. Zakochali się.

Czy może gdyby te matki poświeciły chwilę by się zachwycić i zakochać, wtedy wszystkie problemy czy to natury finansowej, czy zdrowotnej, czy zawododowej przestałyby mieć znaczenie? A może nie… Może po prostu tak musiały. Może nie było wyjścia. Może tak chciały.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.