7 drobnostek, które irytują mnie w Wielkiej Brytanii

Anglicy są dwulicowi, prędzej słodko się uśmiechną niż powiedzą, że masz wielki kawał szpinaku między dwójką a trójką, obgadają cię do koleżanek, ale nigdy nie zdradzą w cztery oczy, że twoje zachowanie ich wkurza czy śmieszy.

W Anglii jest coś tajemniczego – sztywne tradycje, historia, konwenanse. Wydaje się taka klasyczna ze swoimi wiktoriańskimi domkami, drewnianymi oknami, starszymi ludźmi ubranymi w płaszcze w kratę i kaszkiety, z umiłowaniem do wszystkiego co brytyjskie i kpieniem z wszystkiego co kontynentalne. I ma to swój niepodważalny urok. W Anglii jest też dużo nowoczesności – szklane budynki, sportowe samochody, wszystkie języki świata, Dior i McDonalds. Młodzież zamiast picia herbaty w porcelanowej filiżance wybiera kawę ze Starbucka w papierowym kubku. To kraj różności, wielkich kontrastów i możliwości.

Myślicie zatem pewnie, że emigracja to cud, miód i maliny. O ile w moim wypadku wyjazd z kraju nie był koniecznością, a raczej świadomym wyborem, nie powinnam teoretycznie się skarżyć i biadolić, bo sama wybrałam taki właśnie los. A jednak… czasami te zwykłe codzienne pierdółki potrafią totalnie uprzykrzyć mieszkanie w tym kraju.

1. Brak białego sera w sklepie – jako dziecię wychowane na prawdziwej laktozie, a nie na bezmlecznych, wegańskich półproduktach, kocham zwykły twaróg. Niestety, półki sklepowe nie mogą mi tego zaoferować. W większych supermarketach owszem jest zwykle dział polski gdzie można sobie kupić Twaróg Tłusty/Półtłusty/Chudy marki Łowicz, ale poza tym to bieda. Co jeszcze jest blisko to „kwark”, coś w stylu naturalnego, gładkiego serka homo. Nadaje się na serniki i kanapki, ale to wciąż nie to samo. Myśleliście kiedyś jakie byłoby wasze życie bez twarogu? Oj ciężko jest… Mała rzecz, a tak bardzo irytuje.

2. Mamuśki jeżdżące wielkimi 4 x 4 – wiecie jak to się tutaj nazywa? Traktor Chelsea (a Chelsea to od nazwy bogatej, snobistycznej dzielnicy w Londynie). Wielkie, wyposażone właściwie we wszelkie możliwe gadżety kolumbryny, które zasuwają po wąskich uliczkach. Teoretycznie stworzone na wyboje, błoto, brud i wieś tutaj świetnie odnajdują się w roli minibusów odwożących pociechy do szkoły. Jak ta mamusia ma sobie poradzić, prowadząc dwutonowego potwora na oponach szerszych niż jej talia? Jak jeszcze ogarnia to nic, najwyżej czasem sobie przeklnie, że utknęła z autobusem na wąskiem uliczce. Ale zdecydowana większość nie ogarnia. Poważnie nie ogarnia… Rezultatem są oberwane lusterka (swoje i cudze), blokowanie drogi, wjazdów i wyjazdów, problemy z parkowaniem. Takich kierowców nie trawię i nie mam dla nich litości ani współczucia. Moda, lans i po prostu zbytek.

3. Angielska dwulicowość – Anglicy zawsze są grzeczni, zawsze mówią „dziękuję”, „przepraszam” i „proszę”. I każdy kto nie chce być traktowany jak gbur i przybysz z zaściankowej Europy Wschodniej, szybko nauczy się, że prawie każde zdanie powinno zawierać któreś z tych słów. A szczególnie w rozmowie z obcymi. Bo wychowanie i kulturę trzeba pokazywać cały czas. Rzeczywistość jest taka, że kulturę mają, ale prawdy nie mówią. Są dwulicowi, prędzej słodko się uśmiechną niż powiedzą, że masz wielki kawał szpinaku między dwójką a trójką, obgadają cię do koleżanek, ale nigdy nie zdradzą w cztery oczy, że twoje zachowanie ich wkurza czy śmieszy. Poważnie, ich poziom dwulicowości osiąga poziom mistrzowski. Pod ta całą otoczką kultury i dobrego wychowania czai się tak naprawdę zakłamanie i fałsz.

4. Odmóżdżenie lekarzy – tutaj NHS (odpowiednik NFZ) jest dyktaturą. Co powie jest święte i mam wrażenie, że lekarze nie potrafią wyrobić sobie własnego zdania. Powtarzają to samo jak papugi, jak dobrze wyszkolona i tępa armia kukiełek. Każde zagadnienie/schorzenie/choroba/procedura jest szczegółowa opisana w ich ulotkach i poradnikach, które ochoczo są wydawane pacjentom, żeby mogli się przekonać, że służba zdrowia nad wszystkim czuwa i nie ma się czym martwić. Na próżno szukać tutaj myślącego, zaangażowanego lekarza, który wysłucha pacjenta i zaufa swojej intuicji, a nie ulotkom. Niestety 90% lekarzy na jakich trafiłam wykonuje odgórne polecenia i wytyczne NHS, drętwo trzyma się budżetowych zaleceń i ochoczo wydaje paracetamol – na każdy problem pod słońcem.

5. Obsesja ubezpieczeń – cokolwiek kupujesz to chcą ci wcisnąć ubezpieczenie – od rozbitego ekranu, od złamanego obcasa, od pęknietego siedzenia fotela, od ukradzionych okularów, od rys na lakierze, od wysypki, od bólu dupy, od wszystkiego. Przedłuż gwarancję, wykup dożywotnie ubezpieczenie, kupuj, płać, nie czytaj małego druku. A tam właśnie pisze, że to twoje ubezpieczenie jest tak szczerze gówno warte, bo musisz najpierw spełnić mnóstwo warunków by móc złożyć wniosek o rekompensatę.

6. Rozebrane dzieci – i nie chcę tu brzmieć jak szalona Matka Polka, która zakłada dzieciom trzy czapki, dwie kurtki i potrójne skarpety. Serio, daleko mi od tego, ale kiedy przy temperaturze poniżej zera widzę dziewczynki idące do szkoły w spódnicach i podkolanówkach oraz z gołymi nogami, bez rajstop to mnie szlag trafia, a trafia mnie nawet bardziej jak widzę idąca obok matkę w puchowej kurtce, czapce i „uggsach”. Mundurek szkolny mundurkiem, wystarczy ubrać rajstopy czy getry i już lepiej. To samo z maluchami. Nie chce mi się przywoływać sytuacji, kiedy zapatulony po uszy rodzic niósł w nosidle na piersiach swoje dziecko, które na przykład nie miało skarpetek. Na widok tych sinych, gołych stopek sama dostawałam dreszczy i miałam ochotę takiego rodzica palnąć w łeb.

7. Żarcie na wynos i otyłość – w dobie bycia fit, w dobie cateringów, bezglutenowej papki, mody na weganizm Anglicy pochłaniają zatrważające ilości bylejakiego jedzenia na wynos – kebaby, burgery, zapiekane kurczaki, smażone na głębokim oleju ryby, curry, chińszczyzna i pizza. Dzieci zamiast do domu na obiad idą po szkole do najbliższego baru fast food, który serwuje oleiste, kaloryczne, cuchnące kurczaki. Fast food i jedzenie na wynos jest w Anglii łatwo dostępne i stosunkowo tanie więc staje się dla wielu po prostu substytutem zbilansowanej diety. Konsekwencją jest rosnący odsetek otyłych. Grube dzieci, jeszcze grubsze matki i ojcowie, nawet pies jest gruby. Karmione przetworzonym chłamem, papką pełna tluszczy, konserwantów i bez jakichkolwiek wartości odżywczych. W równym stopniu mnie to smuci jak i obrzydza. Nie rozumiem czy to lenistwo, niewiedza, skąpstwo czy zupełna ignorancja?

Nie użalam się i nie skarżę. Nie gloryfikuję emigrantów. Chciałabym pokazać, że kraj mlekiem i miodem płynący nie istnieje i wszędzie napotkamy na swojej drodze na irytujące absurdy wobec których jesteśmy najzwyczajniej w świecie bezradni.

Jeśli też żyjesz na emigracji, podziel się swoimi spostrzeżeniami!

Podobne wpisy

I co z tą pigułką? Debata, lanie kwasu i wielkie kłótnie nigdy się nie skończą. Co najbardziej uderza po umyśle logicznie myślącego człowieka to fakt, że pigułka „dzie...
Emigranci (nie) mają łatwo Mieszkasz w Polsce. W Gdynii, w Radkowej, Lublinie, w Wałbrzychu, w Opolu i bez znaczenia co cię tam trzyma, patrzysz ku nowym ziemiom, ku zachodnie...
Jak wyobrażamy sobie ciążę zanim w nią zajdziemy&#... Było o nastroju jak z horroru, o przechodzeniu od miłości do nienawiści w mniej niż w sekundę, było o płaczu i ekscytacji. Teraz czas na obalenie ko...
Dlaczego nie jesteśmy zadowoleni z tego co mamy Cały czas porównujemy się do innych, oceniamy i zazdrościmy. Wnikliwie obserwujemy cudzy dobytek, relacje rodzinne, powodzenie w życiu i zalewa nas ...

Dodaj komentarz