5 kłamstw w które wierzymy częściej niż nam się wydaje

Drobne przekłamania i najzwyczajniejsze bezczelne kłamstwa, lawirowanie i ściema w które wszyscy tak na co dzień trochę wierzymy i dajemy się im nabrać. Zobacz czy przypadkiem ich nie łykasz w za dużych ilościach!

Czasem fajnie pojeść sobie trochę lukru. Chociaż wiemy, że jest fuj to jednak w leniwy poranek czy deszczowe popołudnie potrafi przyjemnie umilić czas. Absurdalne, prawda? Drobne przekłamania, bezczelne kłamstwa, lawirowanie, ściema w które wszyscy tak na co dzień trochę wierzymy i dajemy się im nabrać.

Mam swoich ulubieńców. Moja miłość do takich wymuskanych doznań trwa jednak około piętnastu sekund. Po tym czasie przeradza się w cyniczny uśmiech i autentyczną frustrację, że ktoś próbuje ze mnie robić debila. 

Drobne, niewinne ściemy czy chamsko uderzające w nasze poczucie samoakceptacji i zadowolenia naginanie rzeczywistości? Sami oceńcie! 

Po pierwsze, photoshop. Jest zmorą współczesnego świata, bo ze słonia potrafi zrobić antylopę, a z ropuchy motyla. O ile w pewnym stopniu takie foto dotknięte photoshopem jest hołdem dla niewątpliwie skomplikowanych umiejętności osoby obsługującej to jest też okrutnym narzędziem przynoszącym ludziom smutek, depresję i rozczarowanie. Jest kreatorem iluzji i to na tyle wprawnym, że jest w stanie wmówić społeczeństwu palmy na biegunie. Przeraża mnie jego siła i bezpardonowość. Photoshopuje się wszystko, niszczy autentyczne piękno i kreuje nowe, zgodne z obecnymi trendami albo wpływem jaki chce się wywrzeć na oglądających. O ile użycie filtra by zatuszować trądzik czy usunięcie z rodzinnego zdjęcia psa liżącego się po tyłku gdzieś w kącie nie jest żadnym dramatem to jednak dorabianie modelkom większych cycków, prasowanie celulitu i fałdek, zwężanie talii i pompowanie pośladków jest niemoralne, smutne i przerażajace. Photoshop zatruwa praktycznie każda sferę mediów – gazety, reklamy, portale społecznościowe. Gdzie kończy się granica smaku i autentyczności? 

Po drugie, te wszystkie wywiady gdzie zaczyna się tubalnie i rzewnie jak to było ciężko, ojciec alkoholik, odmowa aplikacji do szkoły aktorskiej, wypadek, praca na trzy etaty, złamane serce, najtańsza konserwa z Tesco. A potem pojawia się tęcza i zabiera nas na drugą stronę gdzie jest inspiracja, nagrody, festiwale, odnalezienie samej siebie, miłość, pieniądze i sława. Nagle takie osoba staje się mądrzejsza, bardziej elokwentna, nie spotyka się z plebsem, ale z wielkimi ludźmi sztuki, literatury czy sportu, nie ma już gdzie składować pucharów więc szumnie oddaje je na licytację charytatywną dla ciężko chorego dziecka, musi przy tym podkreślić w kilku słowach jak wielkim jest altruistą i ma nadzieję, że wojny na świecie się skończą i będziemy się wszyscy kochać i szanować. Uwielbiam to epatowanie nadludzką wspaniałością, gloryfikowanie swojej osoby między wierszami i tymi dużymi słowami jak akceptacja, duchowe spełnienie, wyższe cele, natchnienie, poszukiwanie piękna, motywowanie, chęć dzielenia się swoim przepisem na sukces. Jest to tak prawdziwe i szczere, że powinniśmy wszyscy od tej wywiadowej inspiracji fruwać pięć centymetrów nad ziemią.

Po trzecie, lumpeksy i niesamowite zakupy za dziesięć złotych. Szumnie promowane przez samozwańcze guru mody. W lumpeksach można co najwyżej znaleźć stare dżinsy, sukienki po babci, niemodne kurtki i wyblakłe podkoszulki z napisem nike. Grzebanie w koszach szmat nie jest ani fajne, ani inspirujące, ani nie ma nadziei na wygrzebanie sukienki Chanel. Natomiast te tak zwane “lumpeksy ekskluzywne” nie są z założenia dla szaraków z przeciętną krajową i walenie ściemy, że się tam kupiło Givenchy za piątkę jest kłamstwem. Prawdopodobieństwo równe wygraniu głównej nagrody w zdrapce.

img_8180

 

Po czwarte, wymuskane zdjęcia z podróży, idealnie wyprasowane, modne choć niepraktyczne ciuchy, artystyczny nieład na głowie, odkrywanie nieznanego i duchowa podróż w głąb siebie (koniecznie z plecaczkiem LV). Fakt – podróżowanie jest wspaniałe. Nie ma lepszej formy rozwinięcia się i otworzenia na życie, ludzi, naturę i samego siebie. Istnieje jednak cienka granica między zachwytem nad inną kulturą, jedzeniem, mentalnością, a opowiadaniem naokoło, że spało się w hotelu za trzy dolary i właściciel jeszcze podał śniadanie. Sami przyjacielscy ludzie, zero fałszu i naciągania. Nikt nic nie ukradł, nie było potężnej i frustrującej bariery językowej, nie było też ostrych biegunek, wysypek i ugryzień. Sandałki sprawdziły się na odludnym, kamienistym szlaku, makijaż wytrzymał sesję surfowania. Nie było brudu, śmieci, biedy, potu. Jedynie słońce, dzikie zwierzęta, które dały się tak o fotografować, malownicze zachody słońca, niezwykłe festiwale, przygody, cuda i pamiątki podarowane niemalże przez szamana ludu w jakiejś nieodkrytej wiosce. Każdy kto spędził choć trochę czasu poza zamkniętym ośrodkiem all inclusive wie doskonale, że takie bajery nie mają miejsca.

No i w końcu po piąte ten cholerny biały podkoszulek. Każda mama wie, że biała bluzka nie nadaje się do pełnienia obowiązków rodzica. Najlepiej sprawdzają się ubrania z folii plastikowej i to smoliście czarne na dodatek bądź brudno szare. Dzieci nie są czyste, nieskazitelne i bez wysypek. Ślinią się, wymiotują, pampersy przeciekają, a marchewka częściej ląduje na bluzce niż w buzi. No i szlag mnie trafia jak widzę wyczesaną, gładziutką dziewczynkę w białej sukience, białych rajstopkach jak to na łonie przyrody zajada borówki, a obok niej siedzi mama rozmiar XS, z falami na głowie a la Victoria Secret, modnie podartych dżinsach, lekką opalenizną i nowych conversach (oczywiście śnieżnobiałych) i podpisuje to zdjęcie “taki tam codzienny spacerek w parku”. Po nasyceniu gałek ocznych takim obrazkiem zwykła matka ma ochotę zapaść się pod ziemię, bo targa wrzeszczące i umazane smarkami dziecko, które nie chce borówek, a lody z bitą śmietaną i posypką, sama ma na sobie stare japonki, dres i włosy spięte w kucyk. “Taki tam codzienny spacerek w parku”. Matki nieustannie karmione są wizją nienaturalnego, wymuskanego macierzyństwa, które nie ma nic wspólnego z rzeczywistą codzienną walką z gorączkami, pomalowanymi ścianami, zazdrością między rodzeństwem, siniakami, obiadem na podłodze, worami pod oczami i samochodem pełnym okruszków, zabawek i mokrych chusteczek. 

Marzy mi się świat, gdzie ściema, a szczególnie ta z social media nie istnieje. Piękne zdjecia, filtry, wycinki rzeczywistości, których zazdrościmy i które po prostu wpędzają nas w depresję. Widzimy najmodniejsze stylizacje, staranne makijaże, czytanie mądrych ksiazek, zawsze wyspane i radosne dzieci, czystą kuchnię, jedzenie dziesięciu porcji warzyw i owoców każdego dnia, czas na zumbę i festiwale, zdobycze na wyprzedażach – zawsze w pożądanym rozmiarze i w modnym kolorze, spacery tylko podczas słonecznej pogody. Zaczynamy porównywać tą iluzję doskonałości z naszym – w subiektywnej ocenie – gównianym życiem – starą kurtką, brudnym blatem, pyskującym dzieckiem, rozpryskanym na ścianie kisielem i jest dramat.

Idealne życie lansowane starannie na social media to wielka ściema. Sztuczny lukier. Otwórz oczy, nie daj się nabić w butelkę. Nie dawaj sobie wmówić, że jesteś gorsza, to tylko zdjęcia, wycinek życia, który ktoś przemyślnie wybrał by pokazać światu. Iluzja cukru i beztroski. Nie pożeraj zbyt łapczywie, bo możesz się najzwyczajniej w świecie porzygać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.