10 głupot mojej młodości

Zbierałam ckliwe, motywacyjne cytaty – wyklejałam nimi ściany, wpisywałam do zeszytów, zapisywałam wszędzie, gdzie się dało. Teksty piosenek, fragmenty książek – wszystko co tandetne, pompatyczne i co miało sprawić, że czułam się jak Alfa w stadzie, czyli wszystkie „co cię nie zabije, to cię wmocni” oraz wszystkie możliwe mądrości Paulo Coelho. Dzięki tym komicznym, wręcz grafomańskim zlepkom słów czułam się niepokonana.

Jasne, że młodość ma swoje prawa. Można być szalonym, niepokornym, nieszablonowym, bo przecież kiedy, jak nie wtedy? Najlepiej (prawie) wszystkiego spróbowac, zaspokoić swoją ciekawość, eksperymentować, żeby później móc wieść swoje spokojne, przewidywalne i nudne życie dorosłej i statecznej osoby. Nie ganię nikogo za szaleństwo – tylko dzięki temu dowiemy się co jest dobre, złe, co nas kręci, a co nie, może dzięki temu odkryjemy swoją pasję i będziemy spełnieni i szczęśliwi.

Wróćcie myślami do czasu, kiedy mieliście po piętnaście, szesnaście lat. Jakie były wasze największe głupoty? Największa wiocha? Co uwielbialiście? Jakie mieliście plany? Co was frustrowało?

Wdech, wydech poniżej dzielę się moją listą „wstydu i hańby czasów młodości”. Można się śmiać do rozpuku.

1. Używałam niebieskiej szminki – i nie mówię tutaj o pięknym „roayl blue” w macie od MAC, ale o tandetnej połyskującej brokatem, jasnoniebieskiej szmince kupionej w kiosku lub na bazarze. Właściwości wysuszające usta świetne. Trwałość znikoma. Oraz oczywiście plus sto punktów do bycia cool. Aż ciarki przechodzą!

2. Zbierałam ckliwe, motywacyjne cytaty – wyklejałam nimi ściany, wpisywałam do zeszytów, notatników, zapisywałam wszędzie, gdzie się dało. Teksty piosenek, fragmenty książek – wszystko co tandetne, pompatyczne i co miało sprawić, że czułam się jak Alfa w stadzie, czyli wszystkie „co cię nie zabije, to cię wmocni”, „dziecko, które się sparzyło, kocha ogień” oraz wszystkie możliwe mądrości Paulo Coelho. Dzięki tym komicznym, wręcz grafomańskim zlepkom słów czułam się niepokonana, zdeterminowana i pełna siły. 

3. Wierzyłam, że wszystko jest możliwe – to tak a propo punktu 2. Nie było limitów, nie było ograniczeń, wierzyłam naiwnie, że ciężką pracą, samozaparciem, determinacją i uporem mogę zdziałać cuda, spełnić marzenia i zbawić świat. Nie istniały dla mnie układy, siła kasy, niesprawiedliwość i najzwyczajniejsze ludzkie chamstwo. Świat stał otworem.

4. Farbowałam włosy mniej więcej co tydzień – zawsze najtańszymi farbami i bez zastanowienia się czy wybrany kolor „dobrze chwyci” na obecnym. Czerwony, bordowy, fioletowy, czarny, potem blond. I oczywiscie zawsze przedłużałam rekomendowany czas o jakąś godzinkę. Bo jak żyć to na całego! Moje włosy na pewno były mi wtedy bardzo wdzięczne za takie traktowanie.

5. Pisałam mroczne wiersze – i przez mroczne mam na myśli dużo krwi, cierpienia, smutku i wszelkich możliwych nieszczęść i okropności. Miały zerową wartość artystczną, zero składu i ładu, były jednak formą mojej ekspresji i wyrzucenia z siebie całej złości na świat.

6. Miałam setki różnych hobby – zbierałam znaczki, próbowałam wyszywać, pleść bransoletki, prowadziłam klub korespondencyjny, hodowałam kaktusy, angażowałam się w wolontariat, pisałam artykuły i opowiadania, zbierałam flakony po perfumach oraz całą masę niepotrzebnych i bzdurnych bibelotów, które tylko kolekconowały kurz.

7. Używałam jak najciemniejszego odcienia pudru – bo przecież każdy chce być opalony, zatem nakładanie pudru o jakieś pięć odcieni za ciemnego wydawało się logicznym wyjściem z sytuacji. Co z tego, że reszta ciała nie była kolorystycznie skoordynowana. Ważne, że policzki błyszczały karmelowym brązem.

8. Prowadziłam bloga – który właściwie służył mi głównie do wylewania smutków oraz gorzkich żali. Miałam swoje wierne kółko wzajemnej adoracji, klepaliśmy się po ramionach i dodawaliśmy otuchy motywacyjnymi komentarzami.

9. Przynosiłam do domu psy i koty – tak, gdziekolwiek moje oczy spoczęły na kociętach czy szczeniętach ręce automatycznie je przygarniały, a nóżki niosły do domu. I zawsze dostawałam kubeł zimnej wody na głowę, bo nigdy nie mogłam żadnego zwierzaka zatrzymać.  

10. Chodziłam na wagary i sama wypisywałam sobie usprawiedliwienia – chodzenie na wagary stało się moim znakiem rozpoznawczym. Lubiłam przygodę, dreszczyk i adrenalinę „a żeby nas tylko nikt nie zobaczył”. Przesiadywałam w parku, u koleżanki w domu, gdzieś przy garażach, wszędzie gdzie mogłam poczuć się niezwykle dorosła, przebiegła i niezależna.

Głęboka ulga, że te czasy minęły i jestem nudną, szablonową kobietą powyżej trzydziestki, która czyta książki, ubiera w HM i ma jakiś tam poziom kultury oraz poczucie obowiązku.

PS. Nie mam też niebieskiej szminki, a włosy farbuje mi fryzjerka. 

 

 

Podobne wpisy

Kserokopia manekina Moda jak każde niebezpieczne narzędzie powinna mieć naklejki ostrzegawcze, znaczek 18+ i nie powinno się jej nadużywać. W modzie nie chodzi przecież...
Wspomnienia z porodówki Zanim pójdziesz do szpitala pędzona bólami, kapiącymi wodami czy po prostu wedle ustalonego wcześniej terminu, czujesz się harda, dzielna, lekko zes...
10 rzeczy jakich nie powinnaś oczekiwać, jadąc na ... Sezon wakacyjny w pełni. Szaleństwa na basenach, wyjazdy do rodziny, wypady w góry, nad morze, loty, promy, pociągi, samochody. Dla rodziców, którzy...
Uwaga! Rodzice idioci na wakacjach Nikt jeszcze nie wynalazł lekarstwa na głupotę. Ta smutna przypadłość dopada ludzi w każdym wieku i w różnych stopniach natężenia. Jeśli szkodzi tyl...

Dodaj komentarz